Lekko tylko uniosła brwi, kiedy Laurent zaczął przytulać Perseusa. Naprawdę było to konieczne? I o ile w jakiś sposób rozumiała, że Black nie wytrzymał pod naporem obrazów, kolorów, czy co tak dokładnie widział, tego co odczuwał (tak jak nie wytrzymał Cain… więc przyjmowała do wiadomości, że może być to bardzo przytłaczające), tak nie uważała, że była teraz potrzeba, bo z tego powodu… pocieszać. Pocieszać z powodu tego, że nie umiał sobie poradzić ze swoim darem? Albo z wnioskami, jakie na tej podstawie wysnuwał? I właśnie dlatego lepiej było kryć się wtedy. Nie było wtedy idiotycznych wniosków, które do niczego nie prowadziły. Biorąc pod uwagę jednak pokaz dumy, jaki uskuteczniał Perseus, sądziła, że odtrąci Laurenta, bo to pokazywało go tym bardziej jako tego słabego – ale nie.
Victoria w pierwszym odruchu się rozglądała, ale wniosek, że tej foki w ogóle nie powinno tutaj być, przyszedł w następnej chwili, gdy nie wypatrzyła niczego podejrzanego, ani niebezpiecznego. Zachowanie Laurenta… O, to zachowanie akurat ją ani trochę nie zdziwiło, znając jego umiłowanie do żywych istot, a zwłaszcza do zwierząt. To, jak emocjonalnie zaczął się zaraz zachowywać, wręcz zażądał pomocy od Blacka, który dopiero co rozklejał się jak dziecko w jego ramionach… Ciche westchnięcie wydobyło się z jej ust, gdy Laurent przyłożył różdżkę do ciała foki i ta rozbłysła… Nie wiedziała co to za zaklęcie, ale wiedząc jaki był Laurent i widząc jego panikę i determinację – miała małe podejrzenie… I zgadzała się, że to nie było nic złego, problem w tym, że przed całą resztą Anglii było to zakazane, nielegalne, można było pójść do więzienia. I o ile ona, jak i inni przedstawiciele prawa, którzy podzielali jej poglądy, że to zabiera im narzędzie do walki, choćby głupie zaklęcie Patronusa, nauczyli się ignorować takie użycia w swojej obecności, to nie mogła tego powiedzieć o towarzyszach, jakich tutaj mieli. Geraldine pewnie miała to w dupie, o ile w ogóle wiedziała, co się dzieje, ale Esme? Albo Perseus? Nie miała pojęcia. Dlatego Victoria, gdy Laurent klęczał przed foką, położyła mu swoją lodowatą dłoń na ramię i zacisnęła mocniej palce, nie po to, by zrobić mu krzywdę, czy zadać ból, a żeby się opamiętał. Sama czuła, że mocniej jej biło przez to serce, przez ten stres, że ktoś może pomyśleć to samo co ona i go wydać za to, bo choć nie mieli pewności, gdyby ktoś zaczął kopać i szukać… I słuchała. Popiskiwania foki i słów Laurenta. Nie foka – selkie. Coś o trytonach. Kurwasz jego mać, te trytony to się z g(ł)upikami na rozumy zamieniły? Chciały atakować mugoli? To brzmiało jak wielka próba pogwałcenia Kodeksu Tajności. W zasadzie to zgadzała się z Geraldine, bezwiednie kiwając głową na jej słowa.
Miała ogromną ochotę powiedzieć Perseusowi, żeby wziął się w garść, ale ugryzła się w język. Była w pracy i wolała się z nią wyrobić wcześniej niż później i nie tracić czasu na jakieś wybuchy emocji, rozpaczy i innych takich, tym bardziej, że to na jej barkach spoczywało dbanie o ich bezpieczeństwo, jakby nie było, taką miała pracę, więc histeryzowanie tutaj na tej plaży tym bardziej ją drażniło.
– Ja noszę – powiedziała cicho. Wiedziała, że jest akcja, że w ośrodku były widziane żywe trupy, więc kiedy na szybko zbierali się z Biura, to zabrała ze sobą potrzebne rzeczy. Była twórczynią eliksirów, dziwne byłoby, gdyby nie miała żadnych ze sobą w takiej sytuacji – i co prawda zabrała ze sobą tylko te najbardziej potrzebne, a nie wszystkie, jakie kiedykolwiek zrobiła, to i tak… trochę dziwne, że Perseus nie miał żadnych przy sobie, skoro był lekarzem i przybył tutaj specjalnie do pacjenta. Nie był też przygotowany na podróż łódką? Mogli tu przecież zastać cokolwiek – i zastali: rannego selkie. – Mam eliksir wiggenowy – dodała, i ściągnęła z ramion mały plecak, by sięgnąć dłonią do jego wnętrza po eliksir. Patrzyła przy tym cały czas na Perseusa, na moment tylko zerkając, czy sięgnęła po właściwą fiolkę i wyciągnęła dłoń w kierunku magipsychiatry. – Mogę ci zrobić bandaże, ale one znikną za jakiś czas – uprzedziła, żeby nie było co do tego żadnych wątpliwości. Machnęła zresztą różdżką w powietrzu, tworząc pięć grubych rolek, bo nie umiała określić tak na oko, ile będzie potrzebnych, które lewitowały sobie w powietrzu.