21.12.2022, 12:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2023, 19:26 przez Florence Bulstrode.)
Gabinet Florence był stosunkowo niewielki i skromnie wyposażony: biurko, parę krzeseł, leżanka i regał, w którym zapewne trzymano eliksiry oraz ekwipunek klątowłamacza. Różnił się jednak od korytarzy i innych sal, w większości nieco zaniedbanych i noszących ślady niedofinansowania. Przede wszystkim, wręcz lśnił czystością - cały, od podłogi, przez biurko, aż po parapety - a ściany wyglądały na odmalowane maksymalnie dwa, trzy lata temu. O to wszystko Florence dbała osobiście, z własnych środków i po godzinach czasu. Nie było tu zbędnych przedmiotów, a te, które leżały na blacie i półce obok biurka – przybory do pisania, papiery, teczki z dzisiaj przyjmowanymi pacjentami – uporządkowano tak, że nawet żadna kartka nie ośmieliła się wystawać bardziej niż inne.
Uzdrowicielka siedziała za biurkiem. Kasztanowe włosy miała związane w bardzo ciasny kucyk, odsłaniając twarz: bladą, chyba niezbyt często wystawianą na słońce, usianą piegami. Zerknęła na kartę, w której opisano ten przypadek i zawarto podstawowe informacje na temat pacjenta, a potem skierowała na Castiela uważne spojrzenie jasnych oczu.
- Pan Flint – powiedziała Bulstrode, skupiając wzrok na jego policzku. Skrawek nienaturalnego błękitu, wystający poza materiał, od razu ściągnął jej uwagę. Wyglądało na to, że tym razem miała do czynienia nie z najpopularniejszymi przypadkami, czyli nieudaną transmutacją albo skutkami źle rzuconego zaklęcia, a raczej efektem ubocznym wypalonej klątwy. Nic dziwnego, że przysłali go do niej: nawet na wydziale usuwania skutków magii nie każdy był klątwołamaczem. Intrygujące było to, w jaki sposób młodzieniec zdołał zaserwować sobie taką ozdobę oblicza. – Proszę siadać i to odsunąć – nakazała uzdrowicielka, wskazując mu krzesło. Sama z jednej z szuflad biurka wyciągnęła rękawiczki, specjalnie zabezpieczone zaklęciem i wsunęła je na dłonie. W teorii wszystko powinno być w porządku, ale takie paskudztwo czasem lubiło płatać figle i mogło się roznieść. Potem wstała, podchodząc bliżej, aby dokonać oględzin. Miała na sobie typową szatę uzdrowiciela, workowatą, w niezbyt szczęśliwym połączeniu żółto – zielonej barwy, z naszytym na piersi emblematem Munga: różdżką skierowaną z kością. Od innych, przepisowych ubrań uzdrowicieli odróżniała się tylko jednym: jakimś cudem szata Florence wyglądała tak, jakby ledwo ją uprano, wyszuszono i bardzo, bardzo starannie uprasowano, gdy większości magomedyków po kilku godzinach dyżuru nie udawało się utrzymać takiego stanu.
- Okoliczności wypadku? - spytała, usiłując dokonać oględzin twarzy pacjenta.
Zdawała sobie sprawę z tego, że mówienie mogło mu sprawiać dyskomfort, ale wywiad lekarski stanowił w takich przypadkach podstawę. Same oględziny błękitnej substancji pokrywającej policzek w teorii powinny wystarczyć, ale Florence była osobą dokładną aż do przesady i nie miała zamiaru ryzykować, że coś przegapi.
Uzdrowicielka siedziała za biurkiem. Kasztanowe włosy miała związane w bardzo ciasny kucyk, odsłaniając twarz: bladą, chyba niezbyt często wystawianą na słońce, usianą piegami. Zerknęła na kartę, w której opisano ten przypadek i zawarto podstawowe informacje na temat pacjenta, a potem skierowała na Castiela uważne spojrzenie jasnych oczu.
- Pan Flint – powiedziała Bulstrode, skupiając wzrok na jego policzku. Skrawek nienaturalnego błękitu, wystający poza materiał, od razu ściągnął jej uwagę. Wyglądało na to, że tym razem miała do czynienia nie z najpopularniejszymi przypadkami, czyli nieudaną transmutacją albo skutkami źle rzuconego zaklęcia, a raczej efektem ubocznym wypalonej klątwy. Nic dziwnego, że przysłali go do niej: nawet na wydziale usuwania skutków magii nie każdy był klątwołamaczem. Intrygujące było to, w jaki sposób młodzieniec zdołał zaserwować sobie taką ozdobę oblicza. – Proszę siadać i to odsunąć – nakazała uzdrowicielka, wskazując mu krzesło. Sama z jednej z szuflad biurka wyciągnęła rękawiczki, specjalnie zabezpieczone zaklęciem i wsunęła je na dłonie. W teorii wszystko powinno być w porządku, ale takie paskudztwo czasem lubiło płatać figle i mogło się roznieść. Potem wstała, podchodząc bliżej, aby dokonać oględzin. Miała na sobie typową szatę uzdrowiciela, workowatą, w niezbyt szczęśliwym połączeniu żółto – zielonej barwy, z naszytym na piersi emblematem Munga: różdżką skierowaną z kością. Od innych, przepisowych ubrań uzdrowicieli odróżniała się tylko jednym: jakimś cudem szata Florence wyglądała tak, jakby ledwo ją uprano, wyszuszono i bardzo, bardzo starannie uprasowano, gdy większości magomedyków po kilku godzinach dyżuru nie udawało się utrzymać takiego stanu.
- Okoliczności wypadku? - spytała, usiłując dokonać oględzin twarzy pacjenta.
Zdawała sobie sprawę z tego, że mówienie mogło mu sprawiać dyskomfort, ale wywiad lekarski stanowił w takich przypadkach podstawę. Same oględziny błękitnej substancji pokrywającej policzek w teorii powinny wystarczyć, ale Florence była osobą dokładną aż do przesady i nie miała zamiaru ryzykować, że coś przegapi.