30.04.2024, 11:18 ✶
To nie tak, że Florence Bulstrode nie lubiła lasów. Uważała, że te są bardzo przydatne i przyjemne dla oka, istotne dla natury, zapewniające czyste powietrze i składniki eliksirów, ale wolała podziwiać je ze skraju, ewentualnie spacerując wytyczonymi, wydeptanymi ścieżkami, w nieśpiesznym tempie i na niezbyt długich odległościach. Nie była człowiekiem stworzonym do przedzierania się przez chaszcze, potykania się na korzeniach, odpychania gałęzi, wplątujących się we włosy i zdzierania z siebie pajęczyn, które jakimś cudem zawsze znajdowały się na trasie tak, że wchodziło się prosto w nie i to zwykle twarzą. W lesie było pełno insektów, much, kleszczy, a Florence nie lubiła robaków.
Geraldine udało się jednak skłonić ją do tej małej wycieczki. Złożyły się na to trzy czynniki. Po pierwsze, oczywiście, Geraldine była przyjaciółką, a dla krewnych i nielicznych przyjaciół Bulstrode miewała miękkie serce. Nie wystarczyłoby to do zmuszenia jej do zrobienia czegoś, czego robić bardzo nie chciała, ale dochodziły jeszcze punkty numer dwa i trzy. Po drugie, i tak tego ranka Florence odwiedzała w Little Hangleton ciotkę Lavinię i była w pobliżu. Po trzecie, hasło „przeklęte drzewa” zadziałało na jej wyobraźnię.
Niektórzy kolekcjonowali pluszowe zabawki, inni porcelanowe słonie. Byli tacy, którzy w ramach hobby wędkowali albo którzy fascynowali się dalekimi podróżami. Florence natomiast fascynowały klątwy. Była uzdrowicielką i lubiła swoją pracę, jej prawdziwym powołaniem jednak było klątwołamanie, a nieposkromione ambicja i pragnienie wiedzy pchały ją do badania klątw i szukania nowych sposobów ich łamania. I to była jedna z niewielu rzeczy, która mogła zmusić ją do takich rzeczy, jak fizyczny wysiłek: nie dało się pewnych rzeczy zbadać w zaciszu własnego gabinetu, pośród ksiąg i notatek.
Pojawiła się ubrana, rzecz jasna jak zwykle ubrana bardzo starannie, chociaż już nie był to strój jakoś szczególnie elegancki – przynajmniej nie według standardów Florence. Założyła wygodne buty na grubej podeszwie, jedyne takie, jakie miała w swojej kolekcji, ciemne spodnie oraz szarą, lnianą koszulę. Było ciepło, ale długie rękawy i długie nogawki miały ją chronić przed gałęziami i kolcami. Włosy związała w bardzo ciasny warkocz, i przewiązała przez głowę jasną chustę, by w ten sposób chronić się przed wplątaniem we włosy pajęczyn i innych świństw. Przez ramię przerzuciła niewielką torbę – w środku miała swój podręczny zestaw, bez którego rzadko ruszała się z domu.
– Witaj, Geraldine – powiedziała, podchodząc. – Jak daleko stąd do tych przeklętych drzew?
Geraldine udało się jednak skłonić ją do tej małej wycieczki. Złożyły się na to trzy czynniki. Po pierwsze, oczywiście, Geraldine była przyjaciółką, a dla krewnych i nielicznych przyjaciół Bulstrode miewała miękkie serce. Nie wystarczyłoby to do zmuszenia jej do zrobienia czegoś, czego robić bardzo nie chciała, ale dochodziły jeszcze punkty numer dwa i trzy. Po drugie, i tak tego ranka Florence odwiedzała w Little Hangleton ciotkę Lavinię i była w pobliżu. Po trzecie, hasło „przeklęte drzewa” zadziałało na jej wyobraźnię.
Niektórzy kolekcjonowali pluszowe zabawki, inni porcelanowe słonie. Byli tacy, którzy w ramach hobby wędkowali albo którzy fascynowali się dalekimi podróżami. Florence natomiast fascynowały klątwy. Była uzdrowicielką i lubiła swoją pracę, jej prawdziwym powołaniem jednak było klątwołamanie, a nieposkromione ambicja i pragnienie wiedzy pchały ją do badania klątw i szukania nowych sposobów ich łamania. I to była jedna z niewielu rzeczy, która mogła zmusić ją do takich rzeczy, jak fizyczny wysiłek: nie dało się pewnych rzeczy zbadać w zaciszu własnego gabinetu, pośród ksiąg i notatek.
Pojawiła się ubrana, rzecz jasna jak zwykle ubrana bardzo starannie, chociaż już nie był to strój jakoś szczególnie elegancki – przynajmniej nie według standardów Florence. Założyła wygodne buty na grubej podeszwie, jedyne takie, jakie miała w swojej kolekcji, ciemne spodnie oraz szarą, lnianą koszulę. Było ciepło, ale długie rękawy i długie nogawki miały ją chronić przed gałęziami i kolcami. Włosy związała w bardzo ciasny warkocz, i przewiązała przez głowę jasną chustę, by w ten sposób chronić się przed wplątaniem we włosy pajęczyn i innych świństw. Przez ramię przerzuciła niewielką torbę – w środku miała swój podręczny zestaw, bez którego rzadko ruszała się z domu.
– Witaj, Geraldine – powiedziała, podchodząc. – Jak daleko stąd do tych przeklętych drzew?