30.04.2024, 14:20 ✶
Nie potrzebne było, żeby Luna Avery pojawiła się tutaj osobiście. Wystarczyło użyć odpowiedniej dźwigni, by przekonać sprzedawczynię, że to nie będzie groźna dlań sytuacja. Wystarczyło dobrze pociągnąć za sznurki, żeby zagrozić Christopherowi, zszargać jego nerwy a potem śmiać się do rozpuku.
Mildred obserwowała jego wściekłość z rosnącą fascynacją i niezdrowym głodem lepienia się do wszystkiego co znajdowało się na krawędzi. Próżno było u niej szukać zainteresowania spokojem i brakiem powiewającej czerwonej flagi na czubku głowy. Żyła ekstremalnie, więc spokój wydawał jej się ułudą, spokój wzbudzał w niej właśnie brak zaufania, podskórne przeczuwanie tego, że coś zaraz jebnie. Spokój wyzbyty tej paranoi był jej prywatnym czasem spędzonym z bratem. Tymczasem burza, tymczasem wściekłość. Mógłby spokojnie przy niej coś rozwalić. Mógłby dać upust nagromadzonemu napięciu och, z chęcią by przy tym była, z chęcią by mu pomogła, choć oczywiście to po służbie.
Jej twarz wykrzywiła się w szerokim uśmiechu.
– Żadnych oczywiście. – Jadowicie złociste oczy widziały różne opcje tego co mogłoby się stać ze złodziejem lub jego zleceniodawca, ale pozwoliła sobie zachować propozycje dla siebie. Tonęła w samozadowoleniu, oto skutecznie znalazła winnego! (A to, że celowała w ojca na początku? Któż by to pamiętał?). Zamknęła swój notes i wsunęła go na powrót do kieszeni. – Cieszę się, że Brygada Uderzeniowa mogła pomóc w kłopocie, będę możliwie... minimalistyczna w raporcie. Tak, cieszę się, że odzyskał pan swoją drogocenną własność, panie Rosier. – Na krótki moment rzuciła okiem na tonę błyszczącego tiulu i znów na twarz "klienta". Przez myśl przyszło jej zrozumienie, wartość sukni nie w złocie czy prestiżu, ale miłości jaką obdarzał twórca swoje obrazy, rzeźby, ubrania. – Czy jest coś jeszcze co mogłabym dla Pana zrobić? – zapytała mechanicznie, odkrywając jednak z zaskoczeniem, że nie miałaby w sumie nic przeciwko, gdyby rzeczywiście było coś jeszcze, gdyby na moment mogła pozostać w szafowej Narni, nawet jeśli nie mieści całej krainy, a składzik na porzucone projekty.
Mildred obserwowała jego wściekłość z rosnącą fascynacją i niezdrowym głodem lepienia się do wszystkiego co znajdowało się na krawędzi. Próżno było u niej szukać zainteresowania spokojem i brakiem powiewającej czerwonej flagi na czubku głowy. Żyła ekstremalnie, więc spokój wydawał jej się ułudą, spokój wzbudzał w niej właśnie brak zaufania, podskórne przeczuwanie tego, że coś zaraz jebnie. Spokój wyzbyty tej paranoi był jej prywatnym czasem spędzonym z bratem. Tymczasem burza, tymczasem wściekłość. Mógłby spokojnie przy niej coś rozwalić. Mógłby dać upust nagromadzonemu napięciu och, z chęcią by przy tym była, z chęcią by mu pomogła, choć oczywiście to po służbie.
Jej twarz wykrzywiła się w szerokim uśmiechu.
– Żadnych oczywiście. – Jadowicie złociste oczy widziały różne opcje tego co mogłoby się stać ze złodziejem lub jego zleceniodawca, ale pozwoliła sobie zachować propozycje dla siebie. Tonęła w samozadowoleniu, oto skutecznie znalazła winnego! (A to, że celowała w ojca na początku? Któż by to pamiętał?). Zamknęła swój notes i wsunęła go na powrót do kieszeni. – Cieszę się, że Brygada Uderzeniowa mogła pomóc w kłopocie, będę możliwie... minimalistyczna w raporcie. Tak, cieszę się, że odzyskał pan swoją drogocenną własność, panie Rosier. – Na krótki moment rzuciła okiem na tonę błyszczącego tiulu i znów na twarz "klienta". Przez myśl przyszło jej zrozumienie, wartość sukni nie w złocie czy prestiżu, ale miłości jaką obdarzał twórca swoje obrazy, rzeźby, ubrania. – Czy jest coś jeszcze co mogłabym dla Pana zrobić? – zapytała mechanicznie, odkrywając jednak z zaskoczeniem, że nie miałaby w sumie nic przeciwko, gdyby rzeczywiście było coś jeszcze, gdyby na moment mogła pozostać w szafowej Narni, nawet jeśli nie mieści całej krainy, a składzik na porzucone projekty.