30.04.2024, 15:32 ✶
Na szczęście dla Caina, nie potrzeba było modyfikować bardzo wielu wspomnieć Archibalda - przekazywał informacje pojedynczym osobom i wiedział zaledwie mgliście, że te są powiązane z jakąś organizacją. Zastąpienie ich nieistniejącym Razjelem, sugestia, że ten był związany z Ministerstwem, powinny wystarczyć. Zwłaszcza, że Archie poddał się niemalże z ulgą, gdy tylko usłyszał, że nigdy więcej "Razjela" nie zobaczy: że zrobił już dostatecznie dużo.
Nie wierzył już w powodzenie Ministerstwa ani żadnych pojedynczych czarodziei, działających gdzieś w podziemiu. Dla niego ta wojna została rozstrzygnięta podczas Beltane i choć nienawidził śmierciożerców tylko jeszcze goręcej niż wcześniej, nie miał już siły, by cokolwiek z tym zrobić.
Niezależnie od tego, czy współpracował ze śmierciożercami, czy nie, było jasne, że Zakon już nie może liczyć nie tylko na jego wsparcie, ale nawet na dyskrecję.
- Dobrze. Dobrze - zgodził się, a jego głos zadrżał. - Oni są już wszędzie. Wdarli się do Limbo... Nie chcę umierać, gdy przejmą władzę - wyszeptał i wzdrygnął się. - Nie... nie próbujcie. Po co? On po prostu przychodzi do baru. Wszyscy się go boją. N... nie wiem, czy jest śmierciożercą, ale zna czarną magię. Czasem o kogoś pyta, a ja... ja odpowiadam. Ale pyta tylko o bywalców baru.
Archie mógł równie dobrze ulegać tutaj swojej narastającej paranoi i dopatrywać się działalności sług Voldemorta tam, gdzie niekoniecznie ta miała miejsce, jak słusznie przeczuwać, że człowiek kręcący się po barze i wzbudzający strach miał coś wspólnego ze śmierciożercami. Być może to gdy ten mężczyzna pojawiał się w barze, aura Sparrowa zaczynała szaleć z niepokoju. Niezależnie od prawdy, najwyraźniej ten osobnik nie podejrzewał Archiego o żadne kontakty z ruchem oporu - raczej wykorzystywał go do podpytywania o kogoś, kto go interesował. To była ta dobra informacja. Gorszą był fakt, że Archibald mógł powiedzieć mu i coś więcej, jeśli tamten zacznie wypytywać albo jeżeli Sparrow uzna, że w ten sposób kupi sobie bezpieczeństwo...
Nie wierzył już w powodzenie Ministerstwa ani żadnych pojedynczych czarodziei, działających gdzieś w podziemiu. Dla niego ta wojna została rozstrzygnięta podczas Beltane i choć nienawidził śmierciożerców tylko jeszcze goręcej niż wcześniej, nie miał już siły, by cokolwiek z tym zrobić.
Niezależnie od tego, czy współpracował ze śmierciożercami, czy nie, było jasne, że Zakon już nie może liczyć nie tylko na jego wsparcie, ale nawet na dyskrecję.
- Dobrze. Dobrze - zgodził się, a jego głos zadrżał. - Oni są już wszędzie. Wdarli się do Limbo... Nie chcę umierać, gdy przejmą władzę - wyszeptał i wzdrygnął się. - Nie... nie próbujcie. Po co? On po prostu przychodzi do baru. Wszyscy się go boją. N... nie wiem, czy jest śmierciożercą, ale zna czarną magię. Czasem o kogoś pyta, a ja... ja odpowiadam. Ale pyta tylko o bywalców baru.
Archie mógł równie dobrze ulegać tutaj swojej narastającej paranoi i dopatrywać się działalności sług Voldemorta tam, gdzie niekoniecznie ta miała miejsce, jak słusznie przeczuwać, że człowiek kręcący się po barze i wzbudzający strach miał coś wspólnego ze śmierciożercami. Być może to gdy ten mężczyzna pojawiał się w barze, aura Sparrowa zaczynała szaleć z niepokoju. Niezależnie od prawdy, najwyraźniej ten osobnik nie podejrzewał Archiego o żadne kontakty z ruchem oporu - raczej wykorzystywał go do podpytywania o kogoś, kto go interesował. To była ta dobra informacja. Gorszą był fakt, że Archibald mógł powiedzieć mu i coś więcej, jeśli tamten zacznie wypytywać albo jeżeli Sparrow uzna, że w ten sposób kupi sobie bezpieczeństwo...