30.04.2024, 16:06 ✶
Re-pu-ta-cja. To słowo jego rodzice odmieniali od zawsze przez wszystkie przypadki, najczęściej uzupełniając je o słowa "domu mody Rosier" albo "rodziny Rosierów". I Christopher przyswoił sobie tę lekcję. Oczywiście, wszelkie wybuchy gniewu były dopuszczalne, podobnie jak niszczenie rzeczy czy rozbijanie komuś nosów, ale należało najpierw zastanowić się, gdzie się to robi, przy kim się to robi i tak dalej, i tak dalej... Mnóstwo denerwujących szczególików, które Christopher brał pod uwagę, co zapewne sprawiało, że był dużo lepszym materiałem na Ślizgona niż na Gryfona (to i fakt, że był raczej mało bezinteresowny i cholernie ambitny, ale to też były szczególiki).
Dlatego nie, niczego nie rozwalił, nawet jeżeli naprawdę miał na to ogromną ochotę. Może rozwali coś później. A może nie, bo gniew Christophera bywał gorący i krótki: dłuższe stawały się zapiekłe urazy, takie jak ta, jaką żywił wobec Luny Avery.
Wyraz jego twarzy zmiękł trochę, kiedy Millie wspomniała o drogocennej własności: spojrzenie mężczyzny znów powędrowało do sukni. Odetchnął, sam siebie upominając, że powinien teraz przede wszystkim dokonać inspekcji swojego dzieła, sprawdzić, czy nie ciążyły na nim żadne podejrzane zaklęcia, czy nic się nie uszkodziło, nic nie wymięło, mimo czaru przed tym wymięciem chroniącego. A potem iść i dopaść sprzedawczynię winną tego całego zamieszania… A może odwrotnie? Szkoda, że nie mógł się rozdwoić…
– Nie, myślę, że od tego punktu sami sobie poradzimy – powiedział, ruszając do „szafy” i tuż za progiem znów wykrzyknął imię Catherine.
Zostało sporo do zrobienia.
Dlatego nie, niczego nie rozwalił, nawet jeżeli naprawdę miał na to ogromną ochotę. Może rozwali coś później. A może nie, bo gniew Christophera bywał gorący i krótki: dłuższe stawały się zapiekłe urazy, takie jak ta, jaką żywił wobec Luny Avery.
Wyraz jego twarzy zmiękł trochę, kiedy Millie wspomniała o drogocennej własności: spojrzenie mężczyzny znów powędrowało do sukni. Odetchnął, sam siebie upominając, że powinien teraz przede wszystkim dokonać inspekcji swojego dzieła, sprawdzić, czy nie ciążyły na nim żadne podejrzane zaklęcia, czy nic się nie uszkodziło, nic nie wymięło, mimo czaru przed tym wymięciem chroniącego. A potem iść i dopaść sprzedawczynię winną tego całego zamieszania… A może odwrotnie? Szkoda, że nie mógł się rozdwoić…
– Nie, myślę, że od tego punktu sami sobie poradzimy – powiedział, ruszając do „szafy” i tuż za progiem znów wykrzyknął imię Catherine.
Zostało sporo do zrobienia.
Koniec sesji