30.04.2024, 17:49 ✶
Na całe szczęście, Geraldine nie poganiała. Inaczej Florence pewnie nie omieszkałaby spytać, czy to jakieś wyścigi i jaka nagroda czeka na mecie, bo mogła ostatecznie spacerować niespiesznym tempem po Lesie Wisielców, ale na pewno nie zamierzała po nim biegać. Do tego mogłyby zmusić ją dwie rzeczy – ktoś ranny w sercu lasu albo ucieczka przed jakimiś potworami.
Bulstrode, która do tej pory Las Wisielców oglądała zaledwie z jego obrzeży, dość szybko pojęła, że to miejsce nie było podobne ani do całkowicie niemagicznej, podlondyńskiej puszczy, ani do Kniei Godryka, jedynych dwóch lasów, w jakich w ostatnich miesiącach była. Coś w tym miejscu wywoływało dreszcze, a Florence – która nie była aż taką ignorantką, gdy szło o przyrodę, bo chociaż rzadko obcowała z nią osobiście, jako uzdrowiciel uczyła się przecież sporo – miała wrażenie, że rośliny zaczynają wyglądać jakoś inaczej, i nie mogła zapamiętać drogi, którą przemierzały.
A potem zobaczyła pierwszą twarz w drzewie.
Przystanęła, odruchowo sięgając po różdżkę. Widok był zarazem przerażający i fascynujący: faktura kory układała się tak, że zdawało się, że drzewo naprawdę ma oczy, usta otworzone do krzyku, nos, zarys policzków.
– Zaczekaj, Geraldine, chciałabym to zbadać – poprosiła Florence, przystając. – To mogą być po prostu magiczne drzewa, rosnące w ten sposób, może jakieś zaklęcie, które je odmieniło… a może naprawdę klątwa kogoś uwięziła. Lepiej ich nie dotykać, na wypadek, gdyby chodziło o to ostatnie – zastrzegła. Drzewa były stare, jeżeli więc rzucono przekleństwo, mogło stracić moc… ale istniały klątwy, które działały przez całe dekady i…
Florence nie zdążyła rzucić pierwszego czaru, który mógłby pomóc jej w znalezieniu śladów magii klątw.
Wzdrygnęła się i cofnęła o krok, gdy zdało się jej, że jedna z gałęzi pobliskiego drzewa dziwnie się porusza, sięga ku niej: a Florence wiedziała, że z takimi rzeczami nie ma żartów. Nim jednak otworzyła usta, by choćby spróbować ostrzec swoją towarzyszkę. Jedno z drzew odezwało się bowiem pierwsze.
Pomóż mi, szepnął głos, który brzmiał jak jedna z jej kuzynek: Regina Rowle? A może było to złudne podobieństwo?
To twoja wina! – dobiegł gdzieś z boku okrzyk, który mogłaby zidentyfikować jako należący do jednego ze szkolnych kolegów. Nigdy nie przyszedłbym tutaj, gdybyś kiedyś nie nazwała mnie tchórzem…
Umieraj, umieraj, umierajcie…, powtarzało kolejne drzewo, a jeden z pni zaczął się otwierać, ukazując dziurę pod korą.
Bulstrode, która do tej pory Las Wisielców oglądała zaledwie z jego obrzeży, dość szybko pojęła, że to miejsce nie było podobne ani do całkowicie niemagicznej, podlondyńskiej puszczy, ani do Kniei Godryka, jedynych dwóch lasów, w jakich w ostatnich miesiącach była. Coś w tym miejscu wywoływało dreszcze, a Florence – która nie była aż taką ignorantką, gdy szło o przyrodę, bo chociaż rzadko obcowała z nią osobiście, jako uzdrowiciel uczyła się przecież sporo – miała wrażenie, że rośliny zaczynają wyglądać jakoś inaczej, i nie mogła zapamiętać drogi, którą przemierzały.
A potem zobaczyła pierwszą twarz w drzewie.
Przystanęła, odruchowo sięgając po różdżkę. Widok był zarazem przerażający i fascynujący: faktura kory układała się tak, że zdawało się, że drzewo naprawdę ma oczy, usta otworzone do krzyku, nos, zarys policzków.
– Zaczekaj, Geraldine, chciałabym to zbadać – poprosiła Florence, przystając. – To mogą być po prostu magiczne drzewa, rosnące w ten sposób, może jakieś zaklęcie, które je odmieniło… a może naprawdę klątwa kogoś uwięziła. Lepiej ich nie dotykać, na wypadek, gdyby chodziło o to ostatnie – zastrzegła. Drzewa były stare, jeżeli więc rzucono przekleństwo, mogło stracić moc… ale istniały klątwy, które działały przez całe dekady i…
Florence nie zdążyła rzucić pierwszego czaru, który mógłby pomóc jej w znalezieniu śladów magii klątw.
Wzdrygnęła się i cofnęła o krok, gdy zdało się jej, że jedna z gałęzi pobliskiego drzewa dziwnie się porusza, sięga ku niej: a Florence wiedziała, że z takimi rzeczami nie ma żartów. Nim jednak otworzyła usta, by choćby spróbować ostrzec swoją towarzyszkę. Jedno z drzew odezwało się bowiem pierwsze.
Pomóż mi, szepnął głos, który brzmiał jak jedna z jej kuzynek: Regina Rowle? A może było to złudne podobieństwo?
To twoja wina! – dobiegł gdzieś z boku okrzyk, który mogłaby zidentyfikować jako należący do jednego ze szkolnych kolegów. Nigdy nie przyszedłbym tutaj, gdybyś kiedyś nie nazwała mnie tchórzem…
Umieraj, umieraj, umierajcie…, powtarzało kolejne drzewo, a jeden z pni zaczął się otwierać, ukazując dziurę pod korą.