30.04.2024, 17:52 ✶
Włochatość serca... A więc zagadka rozwiązana. Drgnął, gdy usłyszał, na co cierpi Nicholas, ale ponownie - nie odezwał się. Gdy podał mu odpowiednią fiolkę, sam stanął obok, chwytając za oparcie drugiego krzesła. Przesunął je odrobinę, tak by nie stało krzywo. Po chwili wahania jednak zdecydował się je odsunąć, by usiąść przy stole. Nie poganiał Nicholasa, nie od niego przecież zależała szybkość działania eliksiru. W myślach kartkował wszystkie informacje, które posiadał na temat tej choroby. Nieuleczalna. Wymagająca stałej kontroli uzdrowiciela i zażywania eliksirów, które usypiały chorobę lub niwelowały objawy do tego stopnia, by nie były one uciążliwe. Miał dobrą pamięć, ojciec kiedyś mówił mu o tej chorobie, lecz wtedy nie przywiązywał do zapamiętania szczegółów większej uwagi. Być może coś pominął, pomylił. Ale tego się nie dowie, bo nie miał zamiaru dopytywać. Byłoby to ogromnym nietaktem - pytać chorego o szczegóły choroby, szczególnie gdy była nieuleczalna.
Westchnął, gdy Nicholas powiedział, by nikomu nie mówił. Poprosił? Ton głosu nie wskazywał na żądanie, ale z drugiej strony Travers był w kiepskim stanie. Być może miał to być rozkaz, lecz tak nie brzmiał. A może było to po prostu proste polecenie. Z drugiej strony - nie brzmiało to też jak prośba.
- Dobrze, że mówisz, bo właśnie miałem iść odwiedzić redakcję Czarownicy - sarknął, pozwalając sobie na przewrócenie oczami, by wzmocnić przekaz swoich ironicznych słów. Ile się znali? Chyba na tyle długo, że Nicholas mógł z góry założyć, że Rodolphus będzie trzymał gębę na kłódkę. Sam co prawda nierzadko zdobywał się na wypowiadanie oczywistości, tak by pewne słowa przypieczętowały niewypowiedzianą umowę, aczkolwiek nie bardzo to lubił. Oczywistości powinny być oczywistościami. - Powinieneś odpocząć.
To już z kolei nie była taka oczywistość. Wiedział doskonale, że ludzie mieli tendencję do przeceniania swoich fizycznych możliwości. On również. Nicholas na pewno nie był wyjątkiem - tak działał ludzki mózg nawet u najbardziej rozsądnych czarodziejów. Lestrange nachylił się i ostrożnym ruchem odsunął dłoń, trzymającą gazę przy nosie. Chwycił podbródek Traversa, by przekrzywić jego twarz w swoją stronę. Krew płynęła powoli, co prawda coraz wolniej, acz wciąż nieubłaganie uparcie. Wstał, bez słowa, sięgnął po dwa czyste kawałki materiału. Zwilżył je lodowatą wodą.
- Pochyl głowę do przodu, uciśnij skrzydełka nosa - wycisnął nadmiar wody. Jeden przyłożył do karku Nicholasa. Drugi - do grzbietu nosa. W jego ruchach była pewna metodyczność, wyuczenie. Co prawda nigdy nie aspirował do bycia uzdrowicielem, lecz dorastanie w rodzinie Lestrange sprawiło, że chcąc nie chcąc przesiąkł pewnymi zachowaniami oraz wiedzą, którą... Cóż, zdarzało mu się stosować, szczególnie w młodości. Nikt nie był przecież kryształowo czysty, szczególnie za dzieciaka, w wieku nastoletnim, gdy hormony buzowały, a agresja potrafiła w jednej sekundzie osiągnąć pik. - Zaraz powinno przestać. Nie masz dzisiaj żadnych planów, jak mniemam?
Z pozoru niewinne pytanie zostało okraszone zmarszczeniem brwi, którego Travers na szczęście nie mógł widzieć. Jeśli jakieś miał - powinien je odwołać. Ale nie był jego matką, by mu rozkazywać. Nicholas był dorosłym chłopcem, powinien wiedzieć, co ma robić w takich sytuacjach.
Westchnął, gdy Nicholas powiedział, by nikomu nie mówił. Poprosił? Ton głosu nie wskazywał na żądanie, ale z drugiej strony Travers był w kiepskim stanie. Być może miał to być rozkaz, lecz tak nie brzmiał. A może było to po prostu proste polecenie. Z drugiej strony - nie brzmiało to też jak prośba.
- Dobrze, że mówisz, bo właśnie miałem iść odwiedzić redakcję Czarownicy - sarknął, pozwalając sobie na przewrócenie oczami, by wzmocnić przekaz swoich ironicznych słów. Ile się znali? Chyba na tyle długo, że Nicholas mógł z góry założyć, że Rodolphus będzie trzymał gębę na kłódkę. Sam co prawda nierzadko zdobywał się na wypowiadanie oczywistości, tak by pewne słowa przypieczętowały niewypowiedzianą umowę, aczkolwiek nie bardzo to lubił. Oczywistości powinny być oczywistościami. - Powinieneś odpocząć.
To już z kolei nie była taka oczywistość. Wiedział doskonale, że ludzie mieli tendencję do przeceniania swoich fizycznych możliwości. On również. Nicholas na pewno nie był wyjątkiem - tak działał ludzki mózg nawet u najbardziej rozsądnych czarodziejów. Lestrange nachylił się i ostrożnym ruchem odsunął dłoń, trzymającą gazę przy nosie. Chwycił podbródek Traversa, by przekrzywić jego twarz w swoją stronę. Krew płynęła powoli, co prawda coraz wolniej, acz wciąż nieubłaganie uparcie. Wstał, bez słowa, sięgnął po dwa czyste kawałki materiału. Zwilżył je lodowatą wodą.
- Pochyl głowę do przodu, uciśnij skrzydełka nosa - wycisnął nadmiar wody. Jeden przyłożył do karku Nicholasa. Drugi - do grzbietu nosa. W jego ruchach była pewna metodyczność, wyuczenie. Co prawda nigdy nie aspirował do bycia uzdrowicielem, lecz dorastanie w rodzinie Lestrange sprawiło, że chcąc nie chcąc przesiąkł pewnymi zachowaniami oraz wiedzą, którą... Cóż, zdarzało mu się stosować, szczególnie w młodości. Nikt nie był przecież kryształowo czysty, szczególnie za dzieciaka, w wieku nastoletnim, gdy hormony buzowały, a agresja potrafiła w jednej sekundzie osiągnąć pik. - Zaraz powinno przestać. Nie masz dzisiaj żadnych planów, jak mniemam?
Z pozoru niewinne pytanie zostało okraszone zmarszczeniem brwi, którego Travers na szczęście nie mógł widzieć. Jeśli jakieś miał - powinien je odwołać. Ale nie był jego matką, by mu rozkazywać. Nicholas był dorosłym chłopcem, powinien wiedzieć, co ma robić w takich sytuacjach.