30.04.2024, 21:34 ✶
Basilius musiał na pewno kiedyś usiąść i wszystko dokładnie przemyśleć w sprawie tego ich pecha. Cokolwiek się działo, a coraz bardziej zaczynał wierzyć, że coś się działo, wpływało w jakiś sposób na ich oboje, co było o tyle niepokojące, że on zdecydowanie nie potrzebował dodatkowych zasłabnięć, a ona tym bardziej nie potrzebowała dodatkowych urazów spowodowanych wyłącznie pechem piątków trzynastego. No i tej jednej daty, od której wszystko się zaczęło.
– Nie. Nie kusiłoby – skłamał, przyglądając się swoim kartom. – W moim salonie, gdy byłem dzieckiem, stały kiedyś hełm i tarcza rzymskiego legionisty, a jakoś nigdy nie chciałem ćwiczyć formacji żółwia. – Z drugiej strony jednak miecz, jako miecz był zdecydowanie fajniejszy od rzymskich hełmu i tarczy. Zresztą nawet jeśli przybory te miały na początku jakiś czar, został on skutecznie zabity przez Dedalusa Prewetta, który opowiadał swoim dzieciom o możliwych tragicznych losach żołnierza, do którego mogły one należeć.
Wyraz twarzy Brenny... Był bardzo konfundujący. Prewett próbując zrozumieć kiedy blefowała, a kiedy nie, zrozumiał jedynie tyle, że nie był w stanie tego zrozumieć. Żarty żartami, ale jego rodzina chyba miała sporo szczęścia, że Longbottomowie stawiali raczej na inne zainteresowania, niż poker, bo z tymi ich uśmiechami pewnie wprowadziliby chaos w niejednym kasynie.
A skoro o uśmiechu była mowa to ten który pojawił się na twarzy Basiliusa, gdy okazało się, że wygrał był prawdopodobnie odziedziczony po pokoleniach jego przodków. A potem jego błysk w oczach, jak i sam uśmiech, nieco przygasły, gdy przypomniała mu o pechu, a on spojrzał na mur i nieco spoważniał.
– Tak, myślę, że dalej nie można nazwać tego dnia zbyt szczęśliwym. – W pokera nie wygrał po raz pierwszy. W ten sposób w izolatce nigdy wcześniej nie został zamknięty. Zresztą co on mówił. Nigdy wcześniej nie został w ogóle zamknięty w izolatce! – Ale dobrze grałaś.
Przyjął od niej karty i tasując je, zaczął myśleć nad pytaniem. Hm... Ku jego własnemu zdziwieniu zorientował się, że ciężko było coś wymyślić, ale w końcu zdecydował się na jedno, nad którego odpowiedzia zastanawiał się już od jakiegoś czasu.
– No dobrze – zaczął, rozdając ponownie karty. — Jeśli to nie jest zbyt prywatne. Jaki był najdziwniejszy uraz, który Ci się przytrafił? – Chciał mieć w końcu pełny obraz sytuacji i wiedzieć, czy to całe gnicie, pradawne klątwy i dziwne plamy były dla niej czymś normalnym i każdego tak prześladowała, czy też inni uzdrowiciele dostawali brennowe fory, kiedy on cierpiał.
– Nie. Nie kusiłoby – skłamał, przyglądając się swoim kartom. – W moim salonie, gdy byłem dzieckiem, stały kiedyś hełm i tarcza rzymskiego legionisty, a jakoś nigdy nie chciałem ćwiczyć formacji żółwia. – Z drugiej strony jednak miecz, jako miecz był zdecydowanie fajniejszy od rzymskich hełmu i tarczy. Zresztą nawet jeśli przybory te miały na początku jakiś czar, został on skutecznie zabity przez Dedalusa Prewetta, który opowiadał swoim dzieciom o możliwych tragicznych losach żołnierza, do którego mogły one należeć.
Wyraz twarzy Brenny... Był bardzo konfundujący. Prewett próbując zrozumieć kiedy blefowała, a kiedy nie, zrozumiał jedynie tyle, że nie był w stanie tego zrozumieć. Żarty żartami, ale jego rodzina chyba miała sporo szczęścia, że Longbottomowie stawiali raczej na inne zainteresowania, niż poker, bo z tymi ich uśmiechami pewnie wprowadziliby chaos w niejednym kasynie.
A skoro o uśmiechu była mowa to ten który pojawił się na twarzy Basiliusa, gdy okazało się, że wygrał był prawdopodobnie odziedziczony po pokoleniach jego przodków. A potem jego błysk w oczach, jak i sam uśmiech, nieco przygasły, gdy przypomniała mu o pechu, a on spojrzał na mur i nieco spoważniał.
– Tak, myślę, że dalej nie można nazwać tego dnia zbyt szczęśliwym. – W pokera nie wygrał po raz pierwszy. W ten sposób w izolatce nigdy wcześniej nie został zamknięty. Zresztą co on mówił. Nigdy wcześniej nie został w ogóle zamknięty w izolatce! – Ale dobrze grałaś.
Przyjął od niej karty i tasując je, zaczął myśleć nad pytaniem. Hm... Ku jego własnemu zdziwieniu zorientował się, że ciężko było coś wymyślić, ale w końcu zdecydował się na jedno, nad którego odpowiedzia zastanawiał się już od jakiegoś czasu.
– No dobrze – zaczął, rozdając ponownie karty. — Jeśli to nie jest zbyt prywatne. Jaki był najdziwniejszy uraz, który Ci się przytrafił? – Chciał mieć w końcu pełny obraz sytuacji i wiedzieć, czy to całe gnicie, pradawne klątwy i dziwne plamy były dla niej czymś normalnym i każdego tak prześladowała, czy też inni uzdrowiciele dostawali brennowe fory, kiedy on cierpiał.