30.04.2024, 21:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2024, 22:11 przez Rodolphus Lestrange.)
Z niezadowolonego spojrzenia Traversa nic sobie nie zrobił. Być może go nie dostrzegł, a być może spodziewał się takiej reakcji. Albo innej, mocniejszej, skoro jednak Nicholas był na tyle osłabiony... Musiał więc zadowolić się tą. Pewnych zachować nie dało się wyplenić, być może też i Lestrange nie czuł takiej potrzeby, by się ich pozbywać. W końcu mógł być sobą, przynajmniej w jakiejś części, bo gdy człowiek nakłada tyle masek przez całe życie, zaczyna gubić siebie. W teorii wrócił na dobre tory, lecz w praktyce były one pełne przeszkód, które należało zlikwidować. Pozbyć się problemów, by nie musieć już udawać. By nie czuć obrzydzenia, wspinającego się wzdłuż kręgosłupa, miziającego kark obrzydliwym oddechem. Fałsz. Fałsz w Departamencie, fałsz w Ministerstwie, fałsz przed tłumem znajomych i nieznajomych, gdy mijał tych, którzy nie powinni nie tylko dzierżyć różdżek, ale i w ogóle poruszać się po tej części Londynu. I być może po tym świecie.
Rodolphus nigdy sam nie określiłby się mianem uzdrowiciela bez uprawnień. Wiedział tyle, ile potrzebował wiedzieć, by przeżyć. By nie musieć biec do rodziny z każdym złamaniem, z każdym zwichnięciem. By móc opatrzyć się, gdy przemykał nocami wzdłuż korytarzy Hogwartu. By móc po prostu wsadzić rękę do lodu, zamiast zakradać się do Skrzydła Szpitalnego, by sięgnąć po eliksir. Czasem najprostsze rozwiązania były najlepsze, bo można było sobie samemu poradzić z pewnymi problemami. Samotnie, bez wścibskich oczu i niewygodnych pytań. To, co robił, to były absolutne podstawy, które posiadł wiele lat temu, gdy po raz pierwszy przyszedł z rozbitym nosem przed oblicze ojca. Nawet nie pamiętał, co się wtedy stało. Posprzeczał się z Rabastanem? A może dostał w pysk od Loretty, bo powiedział kilka słów za dużo. A może to Louvain go kopnął, gdy leżał na ziemi? A może po prostu rąbnął w drzewo, gdy stracił panowanie nad miotłą. Za dużo było tych sytuacji, by je wszystkie poukładać chronologicznie i pamiętać każdą z nich.
- Pokaż - powiedział nad wyraz łagodnie, po upływie dłuższej chwili. Kilku minut zaledwie. Czy mu się zdawało, czy Nicholas zaczynał odzyskiwać kolory na twarzy? Jeżeli tak, to była to zasługa eliksiru, nie zatamowanego krwotoku. Możliwe, że również eliksir zadziałał tak szybko, chociaż z tego co pamiętał, krwotoki miały to do siebie, że potrafiły być krótkie, nawet jeśli były dużo bardziej intensywne, niż ten Nicholasa. Wolał się jednak upewnić, że mężczyzna nie krwawi, bo planował zaprowadzić go do łóżka, czy tego chciał, czy nie. A dobrze by było nie wprowadzać krwi między pościel. Ciężko się spierała.
Jasne, szare tęczówki Lestrange'a wodziły po twarzy Nicholasa, szukając ewentualnych kolejnych oznak złego samopoczucia. Nie były przepełnione troską czy smutkiem. Były skoncentrowane na wyłapaniu jakiegokolwiek odbiegania od normy, jak grymas bólu, drgnięcie mięśni czy nawet lekkie zmrużenie oczu, świadczące o tym, że coś było nie tak. Czy gdyby miał talent, byłby dobrym uzdrowicielem? Być może. Ale z jakiegoś powodu nie podążył tą ścieżką. Obrał inną, własną, choć niejako powiązaną z człowiekiem - a przynajmniej jego częścią. Ześlizgnął spojrzenie na obity bok i przedramię. Nic mu nie będzie, to pewnie nawet nie było poważne stłuczenie, chociaż przy jego gabarytach do ziemi miał daleko, więc i uderzenie o nią było bardziej bolesne, niż dla niższych osób.
Uniósł brwi pytająco. Nie lubił oczywistości, więc nie chciał pytać na głos, czy jest gotowy, by wstać i dać się grzecznie odprowadzić. Jak będzie, sam da mu sygnał.
Rodolphus nigdy sam nie określiłby się mianem uzdrowiciela bez uprawnień. Wiedział tyle, ile potrzebował wiedzieć, by przeżyć. By nie musieć biec do rodziny z każdym złamaniem, z każdym zwichnięciem. By móc opatrzyć się, gdy przemykał nocami wzdłuż korytarzy Hogwartu. By móc po prostu wsadzić rękę do lodu, zamiast zakradać się do Skrzydła Szpitalnego, by sięgnąć po eliksir. Czasem najprostsze rozwiązania były najlepsze, bo można było sobie samemu poradzić z pewnymi problemami. Samotnie, bez wścibskich oczu i niewygodnych pytań. To, co robił, to były absolutne podstawy, które posiadł wiele lat temu, gdy po raz pierwszy przyszedł z rozbitym nosem przed oblicze ojca. Nawet nie pamiętał, co się wtedy stało. Posprzeczał się z Rabastanem? A może dostał w pysk od Loretty, bo powiedział kilka słów za dużo. A może to Louvain go kopnął, gdy leżał na ziemi? A może po prostu rąbnął w drzewo, gdy stracił panowanie nad miotłą. Za dużo było tych sytuacji, by je wszystkie poukładać chronologicznie i pamiętać każdą z nich.
- Pokaż - powiedział nad wyraz łagodnie, po upływie dłuższej chwili. Kilku minut zaledwie. Czy mu się zdawało, czy Nicholas zaczynał odzyskiwać kolory na twarzy? Jeżeli tak, to była to zasługa eliksiru, nie zatamowanego krwotoku. Możliwe, że również eliksir zadziałał tak szybko, chociaż z tego co pamiętał, krwotoki miały to do siebie, że potrafiły być krótkie, nawet jeśli były dużo bardziej intensywne, niż ten Nicholasa. Wolał się jednak upewnić, że mężczyzna nie krwawi, bo planował zaprowadzić go do łóżka, czy tego chciał, czy nie. A dobrze by było nie wprowadzać krwi między pościel. Ciężko się spierała.
Jasne, szare tęczówki Lestrange'a wodziły po twarzy Nicholasa, szukając ewentualnych kolejnych oznak złego samopoczucia. Nie były przepełnione troską czy smutkiem. Były skoncentrowane na wyłapaniu jakiegokolwiek odbiegania od normy, jak grymas bólu, drgnięcie mięśni czy nawet lekkie zmrużenie oczu, świadczące o tym, że coś było nie tak. Czy gdyby miał talent, byłby dobrym uzdrowicielem? Być może. Ale z jakiegoś powodu nie podążył tą ścieżką. Obrał inną, własną, choć niejako powiązaną z człowiekiem - a przynajmniej jego częścią. Ześlizgnął spojrzenie na obity bok i przedramię. Nic mu nie będzie, to pewnie nawet nie było poważne stłuczenie, chociaż przy jego gabarytach do ziemi miał daleko, więc i uderzenie o nią było bardziej bolesne, niż dla niższych osób.
Uniósł brwi pytająco. Nie lubił oczywistości, więc nie chciał pytać na głos, czy jest gotowy, by wstać i dać się grzecznie odprowadzić. Jak będzie, sam da mu sygnał.