30.04.2024, 23:57 ✶
Wyjazd do mugolskiego środku Windermere był jednym wielkim koszmarem. A przynajmniej tak postrzegał tę wycieczkę Cameron, bo gdy tylko magiczna aura tamtego miejsca przestała na nich wpływać, wróciły mu zmysły i zdał sobie sprawę, jakie głupoty i po prostu... okrutne rzeczy wygadywał. Czuł do siebie obrzydzenie. Nigdy nie powiedziałby czegoś takiego Heather. Może gdzieś w jego głowie kwitły czasem takie myśli, jednak z uporem maniaka przystrzygał je, aby nie sprawiały problemów.
Ruda nie zasługiwała na coś takiego, a to jak się zachowywał na plaży... To nie był on. To była jakaś mroczniejsza, pozbawiona skrupułów wersja jego osobowości. Ta, którą każdy człowiek tłumił w sobie każdego dnia, bo inaczej napytałby sobie biedy. Czy gdzieś w jego słowach kryła się prawda? Może było tam parę okruchów jego skrytych uczuć i dostrzeżeń, ale sposób, w jakie przekazał je Heather... Nigdy by czegoś takiego nie zrobił. A jednak tak się stało. Więc może jednak byłby do tego zdolny?
To nie jestem ja, powtarzał sobie niczym mantrę, przemierzając wydeptaną ścieżkę, aby dostać się na miejsce spotkania z Heather. Nie wiedział, czy powinien cieszyć się z tego, że mieli porozmawiać bez świadków czy też martwić tym, że na dobrą sprawę będą ''skazani'' na swoje towarzystwo. Wszystko wskazywało na to, że to będzie szczera rozmowa. Prywatna. Bez postronnych, którzy mogliby się wtrącić, gdyby sprawy zaszły za daleko. Powinien przeprosić. Musiał przeprosić. Zrobi to.
Co mogła ujrzeć Heather, gdy zza skrytej za krzewami dróżki wyszedł Lupin? Cóż, dalej towarzyszyła mu bujna fryzura; brązowe pasma włosów coraz bardziej się kręciły, dostosowując się do trendów panujących obecnie na ulicach mugolskiego Londynu, ale też wskazywały na to, że nie maił czasu - lub pieniędzy - żeby wybrać się do fryzjera z prawdziwego zdarzenia. A koniec końców i tak pewnie skończyłoby się na tym, że ścięłaby go matka lub starsza siostra.
Na spotkanie przyszedł ubrany w jasną koszulą z krótkim rękawem w ciemne pionowe pasy i ledwie sięgające do koron brązowe szorty. Buty... Jak to buty. Znoszone tenisówki, w których chodził już drugi lub trzeci sezon. Kolor zdążył nieco wyblaknąć, a sznurówki utraciły dawną biel pod wpływem brudu i kurzu, jaki przetaczał się na co dzień przez magiczne dzielnice Londynu. Tym, co jednak wyróżniało dziś Camerona ,był... bukiet siedmiu czerwonych i pomarańczowych róż, które ściskał w dłoni. Chciał kupić więcej, ale po prostu nie było go na to obecnie stać. Marna wypłata za staż, jeszcze nie zdążyła przyjść.
— Cześć — rzucił niemrawo, przystając jakieś pół metra od Rudej. Otaksował ją uważnym wzrokiem od stóp do głów, krzywiąc się lekko, gdy w jego głowie rozbrzmiały wspomnienia z ich małego urlopu. — To dla ciebie... Ja... Jeszcze raz przepraszam. Za wszystko. Nie mam pojęcia, co tam się stało. J-ja n-nigdy bym c-ci cz-czegoś t-takiego n-nie p-powiedział. — Zagryzł dolną wargę, biorąc głęboki oddech. — Przepraszam. — Podał jej niezdarnie bukiet. — I kocham.
Ruda nie zasługiwała na coś takiego, a to jak się zachowywał na plaży... To nie był on. To była jakaś mroczniejsza, pozbawiona skrupułów wersja jego osobowości. Ta, którą każdy człowiek tłumił w sobie każdego dnia, bo inaczej napytałby sobie biedy. Czy gdzieś w jego słowach kryła się prawda? Może było tam parę okruchów jego skrytych uczuć i dostrzeżeń, ale sposób, w jakie przekazał je Heather... Nigdy by czegoś takiego nie zrobił. A jednak tak się stało. Więc może jednak byłby do tego zdolny?
To nie jestem ja, powtarzał sobie niczym mantrę, przemierzając wydeptaną ścieżkę, aby dostać się na miejsce spotkania z Heather. Nie wiedział, czy powinien cieszyć się z tego, że mieli porozmawiać bez świadków czy też martwić tym, że na dobrą sprawę będą ''skazani'' na swoje towarzystwo. Wszystko wskazywało na to, że to będzie szczera rozmowa. Prywatna. Bez postronnych, którzy mogliby się wtrącić, gdyby sprawy zaszły za daleko. Powinien przeprosić. Musiał przeprosić. Zrobi to.
Co mogła ujrzeć Heather, gdy zza skrytej za krzewami dróżki wyszedł Lupin? Cóż, dalej towarzyszyła mu bujna fryzura; brązowe pasma włosów coraz bardziej się kręciły, dostosowując się do trendów panujących obecnie na ulicach mugolskiego Londynu, ale też wskazywały na to, że nie maił czasu - lub pieniędzy - żeby wybrać się do fryzjera z prawdziwego zdarzenia. A koniec końców i tak pewnie skończyłoby się na tym, że ścięłaby go matka lub starsza siostra.
Na spotkanie przyszedł ubrany w jasną koszulą z krótkim rękawem w ciemne pionowe pasy i ledwie sięgające do koron brązowe szorty. Buty... Jak to buty. Znoszone tenisówki, w których chodził już drugi lub trzeci sezon. Kolor zdążył nieco wyblaknąć, a sznurówki utraciły dawną biel pod wpływem brudu i kurzu, jaki przetaczał się na co dzień przez magiczne dzielnice Londynu. Tym, co jednak wyróżniało dziś Camerona ,był... bukiet siedmiu czerwonych i pomarańczowych róż, które ściskał w dłoni. Chciał kupić więcej, ale po prostu nie było go na to obecnie stać. Marna wypłata za staż, jeszcze nie zdążyła przyjść.
— Cześć — rzucił niemrawo, przystając jakieś pół metra od Rudej. Otaksował ją uważnym wzrokiem od stóp do głów, krzywiąc się lekko, gdy w jego głowie rozbrzmiały wspomnienia z ich małego urlopu. — To dla ciebie... Ja... Jeszcze raz przepraszam. Za wszystko. Nie mam pojęcia, co tam się stało. J-ja n-nigdy bym c-ci cz-czegoś t-takiego n-nie p-powiedział. — Zagryzł dolną wargę, biorąc głęboki oddech. — Przepraszam. — Podał jej niezdarnie bukiet. — I kocham.