01.05.2024, 00:19 ✶
– Nie – odpowiedział szczerze. – Chyba doprowadziłbym tym ojca do zawału serca. – Przymierzenie cennego zabytku w domu fanatyka historii magii... Nie. Nawet, gdy był dzieckiem nie był tak głupi. Poza tym tamten hełm nie wyglądał jakoś zachęcająco do przymierzenia. Według Prewetta antyczni legioniści ubierał się głupio, chociaż jego brat miał z pewnością inne zdanie na ten temat. – A ty? Próbowałaś kiedyś zdjąć miecz ze ściany?
Swoją drogą... Oczywiście, że Longbottomowie mieli miecz Gryffindora na ścianie. Gdyby niektóre żarty były prawdziwe na suficie wisiałyby również jego... A zresztą nie ważne. Większość z tych żartów przecież nawet nie była śmieszna.
Ponownie zerknął na mur.
— Miejmy taką nadzieję, bo wolę, by nasz wybawca nie został jeszcze zaskoczony murem – odpowiedział, wzdychając ciężko po raz sam już nie wiedział który, a potem zdjął narzucona na siebie szatę uzdrowiciela odsłaniając eleganckie spodnie i białą koszulę. Jeśli nikt ich nie uratuje i przyjdzie im tu umrzeć, to nie chciał umierać w tej paskudnej zielonym szmacie. Czy ktos naprawdę nie mógł wpaść na jakąś lepszą kolorystykę? Naprawdę mogli po prostu chodzić na biało.
– Tak. Poproszę – przyjął od niej przysmak, nawet nie pytając się po co nosiła więcej, niż jedną czekoladową żabę przy sobie i odgryzł czekoladowemu płazowi głowę, a potem zerknął na swoją kartę. Godryk Gryffindor. Pokazał obrazek Brennie. — Jak chcesz go tak dla swojego patriotyzmu to mogę się wymienić. – Jemu, chociaż nie był ze Slytherinu, Salazar jakoś szczególnie nie przeszkadzał. – Wiesz, że nigdy nie udało mi się trafić na Rowenę? – Nie wiedział, czy to kwestia kart, czy tego, że pogodził się z sytuacja, ale Prewett sam zaczął się nieco rozluźniać, jakby był na spotkaniu ze znajomą, a nie... No tutaj.
Całe szczęście nie przełykał akurat kawałka żaby, gdy usłyszał odpowiedź, bo pewnie by się nim zakrztusił. Może... Może nie powinie był zadawać tego pytania.
Trzy klątwy. Trzy klątwy, które weszły ze sobą w reakcję. Trzy klątwy. TRZY KLĄTWY. To było... Fascynujące z naukowego punktu widzenia i przerażające z każdego innego. I jeszcze to, że jedna wyssała drugą. Na Merlina... Jakim cudem Brenna jeszcze żyła i chodziła po tym świecie? I jakim cudem udawało jej się w tym wszystkim zawsze tak szczerzyć, jakby codziennie trafiała na chcianą kartę w czekoladowych żabach?
– Brenno – zaczął, nie za bardzo mogąc skupić się na kartach przez te rewelację. – Nie mówię tego złośliwie... Ani jakkolwiek. Po prostu to mówię. Jesteś świadoma faktu, że na podstawie wyłącznie twoich przypadków można byłoby napisać przynajmniej z tuzin prac naukowych? Jak to w ogóle wyglądało? I jakie były te inne klątwy... Chociaż nie. Nie wiem czy chcę wiedzieć. – Na Merlina. Gdyby nie to, że pewnie niektórzy by mu nie uwierzyli, że Brenna istnieje, a cała rzecz pewnie miała już miejsce jakiś czas temu to sam chętnie by to opisał.
A przy tym wszystkim toczyła się jeszcze gra w karty.
Swoją drogą... Oczywiście, że Longbottomowie mieli miecz Gryffindora na ścianie. Gdyby niektóre żarty były prawdziwe na suficie wisiałyby również jego... A zresztą nie ważne. Większość z tych żartów przecież nawet nie była śmieszna.
Ponownie zerknął na mur.
— Miejmy taką nadzieję, bo wolę, by nasz wybawca nie został jeszcze zaskoczony murem – odpowiedział, wzdychając ciężko po raz sam już nie wiedział który, a potem zdjął narzucona na siebie szatę uzdrowiciela odsłaniając eleganckie spodnie i białą koszulę. Jeśli nikt ich nie uratuje i przyjdzie im tu umrzeć, to nie chciał umierać w tej paskudnej zielonym szmacie. Czy ktos naprawdę nie mógł wpaść na jakąś lepszą kolorystykę? Naprawdę mogli po prostu chodzić na biało.
– Tak. Poproszę – przyjął od niej przysmak, nawet nie pytając się po co nosiła więcej, niż jedną czekoladową żabę przy sobie i odgryzł czekoladowemu płazowi głowę, a potem zerknął na swoją kartę. Godryk Gryffindor. Pokazał obrazek Brennie. — Jak chcesz go tak dla swojego patriotyzmu to mogę się wymienić. – Jemu, chociaż nie był ze Slytherinu, Salazar jakoś szczególnie nie przeszkadzał. – Wiesz, że nigdy nie udało mi się trafić na Rowenę? – Nie wiedział, czy to kwestia kart, czy tego, że pogodził się z sytuacja, ale Prewett sam zaczął się nieco rozluźniać, jakby był na spotkaniu ze znajomą, a nie... No tutaj.
Całe szczęście nie przełykał akurat kawałka żaby, gdy usłyszał odpowiedź, bo pewnie by się nim zakrztusił. Może... Może nie powinie był zadawać tego pytania.
Trzy klątwy. Trzy klątwy, które weszły ze sobą w reakcję. Trzy klątwy. TRZY KLĄTWY. To było... Fascynujące z naukowego punktu widzenia i przerażające z każdego innego. I jeszcze to, że jedna wyssała drugą. Na Merlina... Jakim cudem Brenna jeszcze żyła i chodziła po tym świecie? I jakim cudem udawało jej się w tym wszystkim zawsze tak szczerzyć, jakby codziennie trafiała na chcianą kartę w czekoladowych żabach?
– Brenno – zaczął, nie za bardzo mogąc skupić się na kartach przez te rewelację. – Nie mówię tego złośliwie... Ani jakkolwiek. Po prostu to mówię. Jesteś świadoma faktu, że na podstawie wyłącznie twoich przypadków można byłoby napisać przynajmniej z tuzin prac naukowych? Jak to w ogóle wyglądało? I jakie były te inne klątwy... Chociaż nie. Nie wiem czy chcę wiedzieć. – Na Merlina. Gdyby nie to, że pewnie niektórzy by mu nie uwierzyli, że Brenna istnieje, a cała rzecz pewnie miała już miejsce jakiś czas temu to sam chętnie by to opisał.
A przy tym wszystkim toczyła się jeszcze gra w karty.
Rzut 1d100 - 92