01.05.2024, 01:49 ✶
W zasadzie powinien zostawić go samego, by Nicholas mógł odzyskać siły. Prosił jednak o herbatę, wiec mu ją przyniósł. Była na wzmocnienie, a tego teraz potrzebował. Tego i porządnej dawki snu. Sam nie wiedział, czemu nie wyszedł. Martwił się? Być może. Chciał upewnić się, że z Traversem jest lepiej, że jest w stanie chociażby samodzielnie usiąść i sięgnąć po kubek, nie rozlewając jego zawartości na pościel. Widok kogoś, kto zawsze był sprawny i zdrowy, gdy upada na ziemię, zawsze zaburza światopogląd i sprawia, że człowiek musi się zatrzymać i zrobić krok w tył, żeby na nowo objąć wzrokiem całą sytuację. Być może docenić własną sprawność, ale i spróbować dostrzec pozostałe sygnały, mogące świadczyć o tym, że z drugą osobą jest nie w porządku.
- Witaj w klubie - kącik ust mu drgnął, bo miał podobne odczucia. Domyślał się, co Nicholas czuł. On sam nie był przyzwyczajony ani do tego, by o kogoś dbać ani do tego, by ktoś dbał o niego. Co prawda był zaręczony i poświęcił kobiecie dużą część swoich emocji, ale wydawało się, że te emocje spaliły go od środka. Pochłonęły jak ten ogień, którym obiecywali sobie palić wspólnie świat. Nie udało się: zamiast palić wrogów, spalili siebie nawzajem. I to w najgorszy możliwy sposób, przynajmniej dla Lestrange'a. Nie bardzo chciał, by wypalone emocje ponownie się odrodziły, bo już zdążył się nauczyć, że to przysparzało wyłącznie kłopotów. Bez nich było łatwiej, lecz czy dało się tak żyć na dłuższą metę? Chyba nie potrafił. Gdy analizował swoje dotychczasowe życie, to odkrył że zawsze miał kogoś, na kogo przelewał te emocje. Kogoś, komu niekoniecznie ufał, ale z kim był na tyle blisko, by tę osobę do siebie dopuścić. Dzielić się wątpliwościami czy po prostu milczeć, chłonąc jej obecność. - Nie wiem za kogo mnie masz, Nick, ale nie jestem niewdzięczny.
Dodał po chwili nieco ciszej. Był milczący, nie wtrącał się. Bywał obojętny, zupełnie tak jakby świat wokół był oceanem, a on wysoką, skalną wyspą, o którą mogły wściekle uderzać fale bez robienia jej większej krzywdy. Ale prawda była taka, że przy odpowiednim upływie czasu to morze, obojętnie czy wzburzone czy nie, kruszyło skałę.
- Naprawdę przemknęło ci przez myśl, że mógłbym tak po prostu cię zostawić, gdy leżysz na podłodze? - zapytał poważnie, wwiercając spojrzenie w jego oczy. Z reguły miał głęboko gdzieś, co sądzili o nim inni. Dziwak, prostak, odludek, nudziarz - różnie go nazywali. Ale z jakiegoś powodu coś nieprzyjemnie swędziało go w mózgu gdy pomyślał, że chociaż przez chwilę Nicholas mógł pomyśleć, że po tym co się stało, on po prostu zapnie koszulę, weźmie różdżkę i wyjdzie z mieszkania, zostawiając go na podłodze. Czy robił to dlatego, że było mu go żal? Nie, z pewnością nie. Nie litował się nad nim, chociaż nie dało się nie zauważyć, że w tej chwili postępował z Nicholasem niezwykle ostrożnie, jakby bał się, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch go uszkodzi. Ale daleko temu było do politowania. Raczej do ostrożnej troski. Pytanie, które zadał Traversowi, było trudne, bo sam nie byłby w stanie tak łatwo odpowiedzieć, gdyby zamienili się miejscami. Na pewno nie oczekiwałby, że ktoś się nim zajmie. Ale czy podejrzewałby, że ta osoba wyjdzie tak po prostu, bez chociażby upewnienia się, że wszystko w porządku? Być może to wiek sprawiał, że w tej kwestii był naiwny. A być może za dużo czasu spędził z Longbottomami. Nie tak dawno temu przeszedł razem z Morpheusem i Brenną na drugą stronę lustra, do miejsca w którym czas i przestrzeń mieszają się ze sobą. Nie tylko na samym początku się prawie pobili z brygadzistką o to, kto ma iść na pierwszy ogień, ale i sam osłonił jej wuja ciałem, gdy lądowali z powrotem we właściwej czasoprzestrzeni. Może od tej wizyty coś mu się poprzestawiało w głowie? Albo to wpływ zdradzieckiej krwi, która płynęła w żyłach tamtej dwójki?
- Witaj w klubie - kącik ust mu drgnął, bo miał podobne odczucia. Domyślał się, co Nicholas czuł. On sam nie był przyzwyczajony ani do tego, by o kogoś dbać ani do tego, by ktoś dbał o niego. Co prawda był zaręczony i poświęcił kobiecie dużą część swoich emocji, ale wydawało się, że te emocje spaliły go od środka. Pochłonęły jak ten ogień, którym obiecywali sobie palić wspólnie świat. Nie udało się: zamiast palić wrogów, spalili siebie nawzajem. I to w najgorszy możliwy sposób, przynajmniej dla Lestrange'a. Nie bardzo chciał, by wypalone emocje ponownie się odrodziły, bo już zdążył się nauczyć, że to przysparzało wyłącznie kłopotów. Bez nich było łatwiej, lecz czy dało się tak żyć na dłuższą metę? Chyba nie potrafił. Gdy analizował swoje dotychczasowe życie, to odkrył że zawsze miał kogoś, na kogo przelewał te emocje. Kogoś, komu niekoniecznie ufał, ale z kim był na tyle blisko, by tę osobę do siebie dopuścić. Dzielić się wątpliwościami czy po prostu milczeć, chłonąc jej obecność. - Nie wiem za kogo mnie masz, Nick, ale nie jestem niewdzięczny.
Dodał po chwili nieco ciszej. Był milczący, nie wtrącał się. Bywał obojętny, zupełnie tak jakby świat wokół był oceanem, a on wysoką, skalną wyspą, o którą mogły wściekle uderzać fale bez robienia jej większej krzywdy. Ale prawda była taka, że przy odpowiednim upływie czasu to morze, obojętnie czy wzburzone czy nie, kruszyło skałę.
- Naprawdę przemknęło ci przez myśl, że mógłbym tak po prostu cię zostawić, gdy leżysz na podłodze? - zapytał poważnie, wwiercając spojrzenie w jego oczy. Z reguły miał głęboko gdzieś, co sądzili o nim inni. Dziwak, prostak, odludek, nudziarz - różnie go nazywali. Ale z jakiegoś powodu coś nieprzyjemnie swędziało go w mózgu gdy pomyślał, że chociaż przez chwilę Nicholas mógł pomyśleć, że po tym co się stało, on po prostu zapnie koszulę, weźmie różdżkę i wyjdzie z mieszkania, zostawiając go na podłodze. Czy robił to dlatego, że było mu go żal? Nie, z pewnością nie. Nie litował się nad nim, chociaż nie dało się nie zauważyć, że w tej chwili postępował z Nicholasem niezwykle ostrożnie, jakby bał się, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch go uszkodzi. Ale daleko temu było do politowania. Raczej do ostrożnej troski. Pytanie, które zadał Traversowi, było trudne, bo sam nie byłby w stanie tak łatwo odpowiedzieć, gdyby zamienili się miejscami. Na pewno nie oczekiwałby, że ktoś się nim zajmie. Ale czy podejrzewałby, że ta osoba wyjdzie tak po prostu, bez chociażby upewnienia się, że wszystko w porządku? Być może to wiek sprawiał, że w tej kwestii był naiwny. A być może za dużo czasu spędził z Longbottomami. Nie tak dawno temu przeszedł razem z Morpheusem i Brenną na drugą stronę lustra, do miejsca w którym czas i przestrzeń mieszają się ze sobą. Nie tylko na samym początku się prawie pobili z brygadzistką o to, kto ma iść na pierwszy ogień, ale i sam osłonił jej wuja ciałem, gdy lądowali z powrotem we właściwej czasoprzestrzeni. Może od tej wizyty coś mu się poprzestawiało w głowie? Albo to wpływ zdradzieckiej krwi, która płynęła w żyłach tamtej dwójki?