01.05.2024, 15:03 ✶
Pokręcił głową, gdy powiedział, że powinien być wdzięczny. Cóż, może i powinien, ale Rodolphus tego nie oczekiwał. Bo co zrobił poza tym, że go podniósł, pomógł opanować krwotok z nosa i odprowadził do łóżka? To wszystko były drobnostki, naturalne ludzkie odruchy, które przecież i on sam miał. Nie był przecież golemem, który działał mechanicznie, o czym Nicholas doskonale wiedział, bo widział go w różnych stanach emocjonalnych. Po prostu te emocje siedziały głęboko, głęboko schowane, ale istniały.
- Czasem nie jest możliwe działanie w pojedynkę - odpowiedział zgodnie z prawdą. Współpraca to coś, co było okropnie ryzykowne, ale czasem konieczne. Ograniczone zaufanie, poleganie na drugiej osobie. Wielu rzeczy nie dało się zrobić samotnie - czy to jeśli chodzi o zdrowie, czy... O ich wspólną sprawę, o której przypominał Mroczny Znak. Pomógł Traversowi usiąść, podał mu kubek. Przez chwilę na jego ustach tańczył cień rozbawienia. - Z pesymizmem ci do twarzy.
Prawda była taka, że ludzie byli zwierzętami stadnymi. Szukali sobie podobnych, chociaż mogli temu zaprzeczać. Pojedyncze jednostki mogły o sobie mówić, że nie potrzebują nikogo, lecz w końcu i tak byli zależni od innych. Nie dało się posiąść takiej potęgi, by być samemu i nie potrzebować nikogo w nawet najmniejszym stopniu. Nawet ich Mistrz otaczał się - w teorii - zaufanymi osobami. Osobami, które podzielają jego wizję. Bo przecież samemu nie dałby rady. Przyznanie przed sobą, że należy brać innych pod uwagę, było oznaką mądrości. A jednocześnie nie należało na tym opierać wszystkiego, wszystkich planów i założeń. Trudna sztuka balansowania między zaufaniem a jego brakiem.
- Lepiej jednak polegać na osobach, które są w pewien sposób bliskie, niż na osobach, które po prostu znajdują się obok fizycznie. Jestem przekonany, że co najmniej połowa postronnych z chęcią by patrzyła, jak druga istota tonie - tylko po to, by zrzucić z siebie odpowiedzialność - to nawet nie był dylemat. On sam by nie pospieszył na ratunek obcej osobie, jeżeli wokół nie byłoby nikogo. Bo po co? Tak było na początku czerwca, gdy w pewnym zaułku zobaczył umierającą kobietę. Być-może-mugolaczkę. Gdyby nie kuzyn, najpewniej by się po prostu odwrócił i zostawił ją na śmierć. Wierzył, że większość ludzi postąpiłaby podobnie chociażby po to, by uniknąć niewygodnych pytań i kłopotów, związanych z przesłuchaniem.
Zioła były przygotowane zgodnie z instrukcją. Ciepłe, lecz nie gorące. Być może odrobinę za ciepłe i powinny jeszcze ostygnąć, lecz możliwe, że to było po prostu takie wrażenie przy pierwszym łyku. Lestrange nachylił się, by musnąć ustami czoło Nicholasa. Sam nie wiedział, czemu zdobył się na tak intymny w jego opinii gest. Do tej pory był raczej powściągliwy, jeżeli chodziło o podobne zachowania. Być może obnażenie choroby Nicholasa sprawiło, że zaczął go postrzegać bardziej jak człowieka, a nie chodzące uosobienie śmierci?
- Chcesz zostać sam, żeby odpocząć? - wciąż był słaby i powinien się przespać. Sen był jednym z najlepszych lekarstw, a połączenie go z odpowiednimi eliksirami potrafiło działać cuda.
- Czasem nie jest możliwe działanie w pojedynkę - odpowiedział zgodnie z prawdą. Współpraca to coś, co było okropnie ryzykowne, ale czasem konieczne. Ograniczone zaufanie, poleganie na drugiej osobie. Wielu rzeczy nie dało się zrobić samotnie - czy to jeśli chodzi o zdrowie, czy... O ich wspólną sprawę, o której przypominał Mroczny Znak. Pomógł Traversowi usiąść, podał mu kubek. Przez chwilę na jego ustach tańczył cień rozbawienia. - Z pesymizmem ci do twarzy.
Prawda była taka, że ludzie byli zwierzętami stadnymi. Szukali sobie podobnych, chociaż mogli temu zaprzeczać. Pojedyncze jednostki mogły o sobie mówić, że nie potrzebują nikogo, lecz w końcu i tak byli zależni od innych. Nie dało się posiąść takiej potęgi, by być samemu i nie potrzebować nikogo w nawet najmniejszym stopniu. Nawet ich Mistrz otaczał się - w teorii - zaufanymi osobami. Osobami, które podzielają jego wizję. Bo przecież samemu nie dałby rady. Przyznanie przed sobą, że należy brać innych pod uwagę, było oznaką mądrości. A jednocześnie nie należało na tym opierać wszystkiego, wszystkich planów i założeń. Trudna sztuka balansowania między zaufaniem a jego brakiem.
- Lepiej jednak polegać na osobach, które są w pewien sposób bliskie, niż na osobach, które po prostu znajdują się obok fizycznie. Jestem przekonany, że co najmniej połowa postronnych z chęcią by patrzyła, jak druga istota tonie - tylko po to, by zrzucić z siebie odpowiedzialność - to nawet nie był dylemat. On sam by nie pospieszył na ratunek obcej osobie, jeżeli wokół nie byłoby nikogo. Bo po co? Tak było na początku czerwca, gdy w pewnym zaułku zobaczył umierającą kobietę. Być-może-mugolaczkę. Gdyby nie kuzyn, najpewniej by się po prostu odwrócił i zostawił ją na śmierć. Wierzył, że większość ludzi postąpiłaby podobnie chociażby po to, by uniknąć niewygodnych pytań i kłopotów, związanych z przesłuchaniem.
Zioła były przygotowane zgodnie z instrukcją. Ciepłe, lecz nie gorące. Być może odrobinę za ciepłe i powinny jeszcze ostygnąć, lecz możliwe, że to było po prostu takie wrażenie przy pierwszym łyku. Lestrange nachylił się, by musnąć ustami czoło Nicholasa. Sam nie wiedział, czemu zdobył się na tak intymny w jego opinii gest. Do tej pory był raczej powściągliwy, jeżeli chodziło o podobne zachowania. Być może obnażenie choroby Nicholasa sprawiło, że zaczął go postrzegać bardziej jak człowieka, a nie chodzące uosobienie śmierci?
- Chcesz zostać sam, żeby odpocząć? - wciąż był słaby i powinien się przespać. Sen był jednym z najlepszych lekarstw, a połączenie go z odpowiednimi eliksirami potrafiło działać cuda.