01.05.2024, 21:21 ✶
Powrót do Londynu był niczym kubeł zimnej wody dla kobiety, która stopniowo godziła się ze swoją samotnością i przyzwyczajała do ciszy szkockiej posiadłości.
Zwłaszcza, że wróciła do miejsca, które Matka sama jedna wiedziała chyba tylko dlaczego zaczęło przypominać międzynarodowy Grande Hotel. Ludzie, których widziała raz czy dwa razy w życiu, rodzina męża, zajmowali pokoje, wprowadzali niepotrzebny chaos, psuli ich rutynę.
Kiedy już wygnała nad ranem Sophie z powrotem do pokoju, żeby dziewczyna choć troszkę odpoczęła, nie było mowy o próbie zmrużenia oczu. Zbyt wiele myśli kołatało się po jej głowie, zbyt wiele czarnych chmur i dziur w pamięci, których nie mogła w żaden sposób załatać. Dlatego zajęła się pracą.
Nie mogła w nieskończoność odwlekać powrotu w znajome korytarze Ministerstwa.
Problem z biblioteką był jednak taki, że regały były duże, a Lorien mała. Drabina natomiast skrzypiała niemiłosiernie przy każdym przesunięciu. Czy mogła poprosić o pomoc skrzatkę, która krzątała się już po kamienicy przygotowując dom do kolejnego poranka? Czy mogła, jak na prawdziwą czarownicę przystało, wyciągnąć różdżkę i ściągnąć wysłużony tom przy użyciu banalnego zaklęcia? A może mogła po prostu zaczekać chwilę dłużej na potencjalną ofiarę (czyt. innego z domowników), którzy będą mieli nieszczęście przechodzić obok i groźbą lub prośbą zagonić ich do pomocy? Odpowiedź na każde z pytań brzmiała – oczywiście, że tak.
Ale Lorien nie byłaby sobą, gdyby zrobiła którąkolwiek z tych rzeczy, przy okazji przyznając, że bycie zaledwie o głowę wyższą od skrzata domowego ma też swoje wady.
Richard zastał ją balansującą na wyjątkowo niestabilnym stołku przy jednym z regałów. W szpilkach, które nosiła nawet po domu, w długiej koszuli nocnej, która wskazywała, że jakiś zamiar przespania nocy był – ale najwyraźniej nie wyszło. Lorien z trudem, stojąc na palcach jednej nogi (przy czym kolanem drugiej profilaktycznie wspierała się o jedną z półek), jedynie mogła pogłaskać palcami grzbiet książki którą potrzebowała w trybie „już, teraz, natychmiast!”. Widok o tyle komiczny, że zacięcie i pełne skupienie świadczyły o tym, że kobieta ani myślała przegrać w tej zgoła nieuczciwej walce z regałem. Nawet jeśli ten miał po swojej stronie grawitację.
Nie zauważyła, że od kilku chwil nie jest sama w pokoju, wyciągając rękę na tyle na ile była w stanie po jeden z tomów… starego prawa handlowego.
Jeśli rozejrzał się po bibliotece mógł zauważyć, że kilka ksiąg o podobnej tematyce, leżało porzuconych na biurku, które kobieta ściągnęła do kamienicy tuż po ślubie, anektując dla siebie zakątek pomieszczenia. Razem zresztą z pustym kieliszkiem brudnym od czerwonego wina i jej różdżką.
- Dlaczego w tym domu wszystko… musi… być… tak… wysoko…- Mamrotała wściekle pod nosem z każdym kolejnym słowem wyciągając się jeszcze bardziej.
Zwłaszcza, że wróciła do miejsca, które Matka sama jedna wiedziała chyba tylko dlaczego zaczęło przypominać międzynarodowy Grande Hotel. Ludzie, których widziała raz czy dwa razy w życiu, rodzina męża, zajmowali pokoje, wprowadzali niepotrzebny chaos, psuli ich rutynę.
Kiedy już wygnała nad ranem Sophie z powrotem do pokoju, żeby dziewczyna choć troszkę odpoczęła, nie było mowy o próbie zmrużenia oczu. Zbyt wiele myśli kołatało się po jej głowie, zbyt wiele czarnych chmur i dziur w pamięci, których nie mogła w żaden sposób załatać. Dlatego zajęła się pracą.
Nie mogła w nieskończoność odwlekać powrotu w znajome korytarze Ministerstwa.
Problem z biblioteką był jednak taki, że regały były duże, a Lorien mała. Drabina natomiast skrzypiała niemiłosiernie przy każdym przesunięciu. Czy mogła poprosić o pomoc skrzatkę, która krzątała się już po kamienicy przygotowując dom do kolejnego poranka? Czy mogła, jak na prawdziwą czarownicę przystało, wyciągnąć różdżkę i ściągnąć wysłużony tom przy użyciu banalnego zaklęcia? A może mogła po prostu zaczekać chwilę dłużej na potencjalną ofiarę (czyt. innego z domowników), którzy będą mieli nieszczęście przechodzić obok i groźbą lub prośbą zagonić ich do pomocy? Odpowiedź na każde z pytań brzmiała – oczywiście, że tak.
Ale Lorien nie byłaby sobą, gdyby zrobiła którąkolwiek z tych rzeczy, przy okazji przyznając, że bycie zaledwie o głowę wyższą od skrzata domowego ma też swoje wady.
Richard zastał ją balansującą na wyjątkowo niestabilnym stołku przy jednym z regałów. W szpilkach, które nosiła nawet po domu, w długiej koszuli nocnej, która wskazywała, że jakiś zamiar przespania nocy był – ale najwyraźniej nie wyszło. Lorien z trudem, stojąc na palcach jednej nogi (przy czym kolanem drugiej profilaktycznie wspierała się o jedną z półek), jedynie mogła pogłaskać palcami grzbiet książki którą potrzebowała w trybie „już, teraz, natychmiast!”. Widok o tyle komiczny, że zacięcie i pełne skupienie świadczyły o tym, że kobieta ani myślała przegrać w tej zgoła nieuczciwej walce z regałem. Nawet jeśli ten miał po swojej stronie grawitację.
Nie zauważyła, że od kilku chwil nie jest sama w pokoju, wyciągając rękę na tyle na ile była w stanie po jeden z tomów… starego prawa handlowego.
Jeśli rozejrzał się po bibliotece mógł zauważyć, że kilka ksiąg o podobnej tematyce, leżało porzuconych na biurku, które kobieta ściągnęła do kamienicy tuż po ślubie, anektując dla siebie zakątek pomieszczenia. Razem zresztą z pustym kieliszkiem brudnym od czerwonego wina i jej różdżką.
- Dlaczego w tym domu wszystko… musi… być… tak… wysoko…- Mamrotała wściekle pod nosem z każdym kolejnym słowem wyciągając się jeszcze bardziej.