Miała świadomość, że nie wszyscy byli takimi wprawionymi piechurami, jak ona. Nie zamierzała doprowadzać do tego, żeby biegali za nią po lesie. Szczególnie, że przecież nie spieszyły się nigdzie, nikt nie oczekiwał pomocy kobiet, miało to być jedynie małe rozeznanie. Miały czas.
Nawet Yaxley czuła w tym miejscu dziwny niepokój, a bywała w wielu lasach, były jej niczym dom, bezpieczne miejsce, azyl. Ten las się różnił od tych wszystkich, w których przyszło jej przebywać. Nie bała się jednak jakoś specjalnie, chociaż była bardziej czujna niż normalnie.
Trafiły wreszcie do miejsca, które je interesowało. Znalazły drzewa, które wyglądały, jakby ludzkie twarze zostały w nich zatopione. Nie był to przyjemny widok. Może faktycznie to była jakaś dziwna magia, która mogła wpoić ludzi w drzewa? Nie była specjalistą od klątw, nie zdawała sobie sprawy, z czym mogą mieć do czynienia.
- Oczywiście, zaczekam, rób swoje. - Przystanęła nieco dalej, aby Florence miała możliwość zrobić swoje. Miała na pewno ku temu lepsze predyspozycje niż Geraldine. Obserwowała ją, kiedy wyciągnęła różdżkę, tyle, że Bulstrode nie zdążyła nawet rzucić zaklęcia.
Ger usłyszała głos, a nawet kilka głosów. Znajomych. Na pewno je kiedyś słyszała.
Regina? Skąd ona by się tutaj wzięła i dlaczego mogła chcieć jej pomocy, przecież jej nie znosiła. Musiało być z nią źle, skoro chciała, żeby Ger jej pomogła. Nie miała w zwyczaju odmawiać pomocy - komukolwiek. - Już, zaraz tam wejdę. - Zrobiła krok w przód, żeby wejść w stronę drzew. Wtedy doszedł do niej kolejny głos, tym razem brzmiał oskarżycielsko, ktoś sugerował, że przez nią się tutaj znalazł. Było to prawdopodobne, bo Ger miała w zwyczaju zachęcać innych do robienia głupot. Znowu krok w przód. - Florence, muszę im wszystkim pomóc. - Rzuciła jeszcze do przyjaciółki wcale nie patrząc w jej stronę. Skupiona była na tych drzewach, bardzo chciała uratować każdego, kto tego od niej oczekiwał.