02.05.2024, 12:01 ✶
Lorien spuściła na parę sekund wzrok.
Wpatrywała się w wirujący w filiżance kawałek pomarańczy, jakby próbowała z niego wyczytać przyszłość. Wolała unikać tematu dzieci i wnuków, a jednak… to byłoby niesprawiedliwe obciążać Merlin winną dziewczynę swoimi problemami. Odstawiła napar na stół, czując że nic nie przejdzie jej teraz przez gardło.
- Cała przyszłość przed tobą, Sophie. Kiedyś zostaniesz ukochaną żoną i matką i z pewnością twoi synowie zadbają byś wisiała w samym sercu domu. A może osiągniesz coś wielkiego i twoje obrazy będą wisieć w Ministerstwie Magii?- Uśmiechnęła się łagodnie, dusząc wszystkie ponure myśli głęboko w sercu.
Przechyliła się przez stół, układając swoją dłoń na dłoni pasierbicy. Aż tak się bała przyłapania na nocnych eskapadach?
- Hej, piccolina... – Rzuciła tak podnoszącym na duchu tonem na jaki tylko się mogła zdobyć.- Nawet jeśli ktoś przyjdzie – jesteś ze mną. Z tego co wiem za babskie ploteczki jeszcze nie zamykają w Azkabanie. A skoro już zjechało się tu pół Europy, nie może być zawsze cicho, prawda?
Odchyliła się lekko na krześle, pozwalając Sophie opowiedzieć swoją historię. Choć… Zaczęła żałować że zadała pytanie już po pierwszych jej słowach.
Produkcja bimbru…
Nie potrafiła utrzymać pokerowej miny. Może to kwestia zmęczenia, może ogólnego osłabienia, a może faktu, że akurat zabawa w domowego bimbrownika nawet nie znalazła się na Lorkowej liście podejrzeń źródła hałasu. Dlatego patrzyła na rudowłosą z czystym niedowierzaniem.
Ale pozwoliła jej dokończyć, starając się być przy tym jak najbardziej otwartą na ten dziwaczny pomysł. Czy już naprawdę dziewczęta w dzisiejszych czasach aż tak się nudziły w szkole? Naprawdę nie można było się zająć czymś pożytecznym?
- Czasy naprawdę się zmieniają…- Skomentowała tylko z cichym westchnięciem, ni to jakoś specjalnie zachwycona ni krytyczna. Chciała jeszcze dodać, że kiedyś to byłoby coś nie do pomyślenia, żeby panna z dobrego domu trudniła się czymś tak… prostackim jak produkcja alkoholu, ale przyjrzała się Sophie uważniej. I po prostu, tak zwyczajnie po ludzku, zrobiło jej się pasierbicy żal. Wyglądała jak jedna mała, ruda kupka nieszczęścia, a czuła się pewnie równie tragicznie.
- Och Sophie...- Zdobyła się na ten łagodny wręcz matczyny głos. – To jeszcze nie jest koniec świata. Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej, jasne. Ale nikogo nie zabiłaś tym swoim alkoholem, prawda? Miałaś ogromne szczęście, że wyszło to teraz.
Może gdyby sytuacja była trochę inna, sama zabrałaby pasierbicę do Ministerstwa, pokazała w jakie odpowiednie drzwi zapukać, żeby wizyta była jak najmniej bolesna, a okrutny wyrok Biura Kontroli złagodzony do minimum. Ale tak długo jak przebywała na swoim lewym zwolnieniu zdrowotnym, tak długo miała związane ręce.
Nazbierać na lokal?
Zmarszczyła delikatnie brwi. To jak to było z tym Robertowym wspieraniem małego marzenia córki? Z jednej strony miała zgodę na produkcję, ale nie wcześniej niż w pocie i trudzie zarobi na jakąś klitkę w okolicach, albo o zgroza w samym sercu, Nokturnu?
Nie mieszaj się do tego Lorien… To nie twoja sprawa…
- Zróbmy tak…- Zaczęła, odtrącając natrętne myśli. Skoro już była częścią tej rodziny, to była jak najbardziej jej sprawa.- Jeśli odkręcisz całą sprawę z tymi umowami i firmą i weźmiesz na siebie odpowiedzialność za błędy… Porozmawiam z Robertem o tym lokalu. Ale... - Uniosła palec wskazujący do góry.- Nic nie obiecuję. Twój ojciec bywa…- Nie dokończyła. Zamiast tego tylko wzniosła na moment oczy do nieba i pokręciła głową z głębokim westchnięciem i równie wymowną miną.
W pierwszej chwili nie zrozumiała następnego… pytania? stwierdzenia? „Dlaczego”… „Co powoduje”. Sophie naprawdę musiała być zmęczona, bo zlepek, który dotarł do uszu Lorien brzmiał jak bełkot turysty, który próbuje dopytać jak dotrzeć na Pokątną.
- Sophie, co się dzieje?- Zapytała już poważniej.- Coś się trapi, piccolina. Powiedz mi o co chodzi.- I tu już był koniec pytań czy wymigiwania się od odpowiedzi.
Wpatrywała się w wirujący w filiżance kawałek pomarańczy, jakby próbowała z niego wyczytać przyszłość. Wolała unikać tematu dzieci i wnuków, a jednak… to byłoby niesprawiedliwe obciążać Merlin winną dziewczynę swoimi problemami. Odstawiła napar na stół, czując że nic nie przejdzie jej teraz przez gardło.
- Cała przyszłość przed tobą, Sophie. Kiedyś zostaniesz ukochaną żoną i matką i z pewnością twoi synowie zadbają byś wisiała w samym sercu domu. A może osiągniesz coś wielkiego i twoje obrazy będą wisieć w Ministerstwie Magii?- Uśmiechnęła się łagodnie, dusząc wszystkie ponure myśli głęboko w sercu.
Przechyliła się przez stół, układając swoją dłoń na dłoni pasierbicy. Aż tak się bała przyłapania na nocnych eskapadach?
- Hej, piccolina... – Rzuciła tak podnoszącym na duchu tonem na jaki tylko się mogła zdobyć.- Nawet jeśli ktoś przyjdzie – jesteś ze mną. Z tego co wiem za babskie ploteczki jeszcze nie zamykają w Azkabanie. A skoro już zjechało się tu pół Europy, nie może być zawsze cicho, prawda?
Odchyliła się lekko na krześle, pozwalając Sophie opowiedzieć swoją historię. Choć… Zaczęła żałować że zadała pytanie już po pierwszych jej słowach.
Produkcja bimbru…
Nie potrafiła utrzymać pokerowej miny. Może to kwestia zmęczenia, może ogólnego osłabienia, a może faktu, że akurat zabawa w domowego bimbrownika nawet nie znalazła się na Lorkowej liście podejrzeń źródła hałasu. Dlatego patrzyła na rudowłosą z czystym niedowierzaniem.
Ale pozwoliła jej dokończyć, starając się być przy tym jak najbardziej otwartą na ten dziwaczny pomysł. Czy już naprawdę dziewczęta w dzisiejszych czasach aż tak się nudziły w szkole? Naprawdę nie można było się zająć czymś pożytecznym?
- Czasy naprawdę się zmieniają…- Skomentowała tylko z cichym westchnięciem, ni to jakoś specjalnie zachwycona ni krytyczna. Chciała jeszcze dodać, że kiedyś to byłoby coś nie do pomyślenia, żeby panna z dobrego domu trudniła się czymś tak… prostackim jak produkcja alkoholu, ale przyjrzała się Sophie uważniej. I po prostu, tak zwyczajnie po ludzku, zrobiło jej się pasierbicy żal. Wyglądała jak jedna mała, ruda kupka nieszczęścia, a czuła się pewnie równie tragicznie.
- Och Sophie...- Zdobyła się na ten łagodny wręcz matczyny głos. – To jeszcze nie jest koniec świata. Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej, jasne. Ale nikogo nie zabiłaś tym swoim alkoholem, prawda? Miałaś ogromne szczęście, że wyszło to teraz.
Może gdyby sytuacja była trochę inna, sama zabrałaby pasierbicę do Ministerstwa, pokazała w jakie odpowiednie drzwi zapukać, żeby wizyta była jak najmniej bolesna, a okrutny wyrok Biura Kontroli złagodzony do minimum. Ale tak długo jak przebywała na swoim lewym zwolnieniu zdrowotnym, tak długo miała związane ręce.
Nazbierać na lokal?
Zmarszczyła delikatnie brwi. To jak to było z tym Robertowym wspieraniem małego marzenia córki? Z jednej strony miała zgodę na produkcję, ale nie wcześniej niż w pocie i trudzie zarobi na jakąś klitkę w okolicach, albo o zgroza w samym sercu, Nokturnu?
Nie mieszaj się do tego Lorien… To nie twoja sprawa…
- Zróbmy tak…- Zaczęła, odtrącając natrętne myśli. Skoro już była częścią tej rodziny, to była jak najbardziej jej sprawa.- Jeśli odkręcisz całą sprawę z tymi umowami i firmą i weźmiesz na siebie odpowiedzialność za błędy… Porozmawiam z Robertem o tym lokalu. Ale... - Uniosła palec wskazujący do góry.- Nic nie obiecuję. Twój ojciec bywa…- Nie dokończyła. Zamiast tego tylko wzniosła na moment oczy do nieba i pokręciła głową z głębokim westchnięciem i równie wymowną miną.
W pierwszej chwili nie zrozumiała następnego… pytania? stwierdzenia? „Dlaczego”… „Co powoduje”. Sophie naprawdę musiała być zmęczona, bo zlepek, który dotarł do uszu Lorien brzmiał jak bełkot turysty, który próbuje dopytać jak dotrzeć na Pokątną.
- Sophie, co się dzieje?- Zapytała już poważniej.- Coś się trapi, piccolina. Powiedz mi o co chodzi.- I tu już był koniec pytań czy wymigiwania się od odpowiedzi.