Kamienica zapełniała się samymi ich dzieciakami, niżeli jedną małą kobietą, należącą do jego brata. Kwestia czasu, aż ich potomstwo dostanie albo wynajmie mieszkania i zacznie usamodzielniać się, żyć na własnych rachunek. Zrobi się wtedy, lżej. Młodsze, potrzebowało widocznie jeszcze ojcowskiego wsparcia i pokazania, jak mają sobie radzić, co zrobić, gdzie iść, jak żyć.
Czy obecność Lorien mu przeszkadzała? Można by rzec, że tak. Już wtedy, jak tylko Robert ją poślubił dla zysku majątkowego. Młodsza, bogata, jeszcze odpowiednie stanowisko zajmowała w Ministerstwie. Niby urobił ją dla siebie, to jednak wymknęła mu się spod kontroli. Cała przeprawa w szukaniu jej a potem samo pilnowanie. Pod jego skrzydłami opieki także się znalazła. Gdyby przez nią, straciłby brata, podzieliłaby ten sam los. Nie byłoby mu jej szkoda.
W tej chwili, stojąc ze skrzyżowanymi rękoma, uważnie ją obserwował. Próbującą dosięgnąć książki, której bardziej tylko grzbiet głaskała. Jakby liczyła na to, że sama przez jej dotyk, wysunie się z tej półki. Te księgi były równo ustawione na wysokiej półce. Możliwe, że gdyby Richard stanął na tym stołku, bez problemu by zdjął upatrzony przez Lorien egzemplarz. Nic jednak nie uczynił.
Wzorkiem z jej górnych czynów, zszedł niżej, jakby badał postawię w jakiej stała. Długa koszula była w tym momencie – niebezpieczna. Mogła nogami się w nią zaplątać. Stała w dodatku w spilkach? Pokręcił głową i przeniósł wzrok na otoczenie biblioteki. Na biurko, gdzie już leżało kilka starych książek, czy podręczników. A także jej różdżka. Kobieta zaczęła gadać do siebie, albo do regałów. Coraz bardziej się wychylając.
- Dlaczego, nie użyjesz magii?Odpowiedział jej pytaniem. Poważnie. Zdradzając swoją obecność. A że miał ten sam głos co brat, odgadłaby, który to stał za jej plecami, paręnaście kroków dalej?
- Zaraz spadniesz, Lorien. Zejdź.
Rzucił jej uwagę. Widząc, że stołek niebezpiecznie się porusza. Mógłby nie odzywać się. Mógłby wyjść z pomieszczenia i udawać, że niczego nie widział. Gdyby upadła, winę poniosłaby ona sama. Zrobiłaby sobie krzywdę na własne życzenie. Z drugiej strony, była żoną jego brata. Wystarczy im chyba tych wypadków w kamienicy. Jeszcze nie wypłacą się w odszkodowaniach. Jak nie schody, to teraz jakiś nieszczęsny stołek i wysokie regały w bibliotece, na które marudzi szwagierka. Niepotrzebne ponieśliby też wydatki na uzdrowiciela i leczenie w Mungu.
Richard opuścił ręce. Jakby przygotowywał się na to, co mogłoby się zaraz stać. Skoro już się odezwał, nie może teraz odejść i udawać, że nic nie widział. Nie ostrzegał. Nie zareagował. Może obejdzie się bez wypadku i kobieta posłucha go i łaskawie zejdzie na stabilny grunt wiekowego parkietu biblioteki, którego klapki jeszcze nie postanowiły odchodzić od powierzchni?