Nóż opadł na łóżko spokojnym, powolnym ruchem. Jak piórko. Narzędzie zbrodni, którym odebrał wiele żyć, na ten krótki moment mogło poczuć się spadającym z drzewa liściem. Czymś lekkim i niepozornym, kompletnie do niego niepasującym. Do Crowa pasowała ciężkość. Butów, ćwiekowanej kurtki, przyborów do przycinania drutów i metalu, smutku, duszy. Ironią jego życia było to, że wbrew wszelkiej logice pozostał w środku naprawdę delikatnym człowiekiem i to właśnie ciepło przyciągało go najbardziej. Wszystko to, czego nie mógł zaznać przez to jak się prowadził - tęsknił do słów kocham cię, do czystych palców sunących po jego głowie, do ciepłego głosu kołyszącego go do snu. W takich chwilach tęsknił za każdym swoim minionym kochankiem, chociaż jedno nazwisko wyryło się w jego psychice najmocniej. Tylko że jego nie mógł mieć. W gruncie rzeczy nie mógł mieć nikogo. Fontaine przestała mu to dawać, ale nie pozwalała też na zbliżenie się kogokolwiek innego.
Czuł się jak ptaszek w klatce, uwięziony tam wbrew swojej woli, ale... tak naprawdę to, co by zrobił gdyby z niej wyleciał? Ta klatka miała bardzo szerokie pręty, mógłby przecisnąć się pomiędzy nimi i odlecieć - ale gdzie? On się nigdzie nie czuł jak u siebie w domu. Wszędzie będzie tak samo. Pusto. Zimno. Samotnie. Bez celu.
- N-nie mam preferencji - przyznał ze skruchą w głosie, trochę jakby ją tym zawodził, ale to była po prostu prawda. Nie miał preferencji, bo na chuj komuś takiemu jak on preferencje pogrzebowe - to był absolutny cud, że dożył tak późnego wieku. Był oprychem trzymanym blisko, bo umiał się bić, zabijać, chronić. Powinien zdechnąć na pierwszej linii frontu. Ludzie tacy jak on spodziewali się śmierci codziennie - niczego więc nie planował, a jeżeli planował... to nie swoją śmierć, a spokojne życie. Pracę od ósmej do szesnastej. Uczciwą. Z papierami. Taką nie na czarno. Kimś, kto czekał na niego w czystym mieszkaniu, albo on czekał na niego. Pasmo nierealnych marzeń. Czasami, wbrew znajomości samego siebie, wyobrażał sobie nawet posiadanie kota lub psa. - Naprawdę obchodzi cię, co o tobie pomyślą, kiedy będziesz martwa? Tam już nic nie ma, nic cię nie obchodzi. - Powiedział jej: usiądź na łóżku, a nie przy łóżku, ale zignorował wybranie przez Mills innego miejsca. Jakie to w końcu miało znaczenie? Żadne. Absolutnie żadne. Zrobił więc to, co zapowiedział - postarał się te włosy wyrównać tak dobrze jak potrafił. - Nawet jak na nas naplują, to tylko i wyłącznie ich problem. - Nie wierzył bowiem w żadną z koncepcji zaświatów. A jeżeli religijni fanatycy mieli rację, kij z tym - piekło, niebo, limbo, wszystko mu było jedno - nie spojrzy na świat żywych nigdy więcej. Oglądanie ludzi, których kochał, a nie mógł ich mieć, było prawdopodobnie najgorszą możliwą torturą dla kogoś o jego charakterze. - Jak nikt mnie tu nie zajebie i odechce mi się żyć, to wyjadę do Stanów. Zrobię sobie taki trip po wybrzeżu, a na końcu nie wiem, spierdolę się ze skały. Gdzieś gdzie jest ciepło i zawsze świeci słońce. - Miło byłoby przed śmiercią dowiedzieć się, jak wyglądały te podobno piękne wschody i zachody słońca. W jego oczach wszystko jawiło się jako skala szarości i nie miał pojęcia, czym wszyscy się zachwycali. Niestety nie każde życzenie dało się spełnić.
Dotyk jego rąk był bardzo delikatny. Czuły. Crow był uważny, zwracał uwagę na krwawiące nacięcia. Nie narzucał się w cudzej przestrzeni, ale też wyraźnie lubił być blisko innych ludzi.
Ucięte pasma rzucał niedbale na podłogę.
Czuł się jak ptaszek w klatce, uwięziony tam wbrew swojej woli, ale... tak naprawdę to, co by zrobił gdyby z niej wyleciał? Ta klatka miała bardzo szerokie pręty, mógłby przecisnąć się pomiędzy nimi i odlecieć - ale gdzie? On się nigdzie nie czuł jak u siebie w domu. Wszędzie będzie tak samo. Pusto. Zimno. Samotnie. Bez celu.
- N-nie mam preferencji - przyznał ze skruchą w głosie, trochę jakby ją tym zawodził, ale to była po prostu prawda. Nie miał preferencji, bo na chuj komuś takiemu jak on preferencje pogrzebowe - to był absolutny cud, że dożył tak późnego wieku. Był oprychem trzymanym blisko, bo umiał się bić, zabijać, chronić. Powinien zdechnąć na pierwszej linii frontu. Ludzie tacy jak on spodziewali się śmierci codziennie - niczego więc nie planował, a jeżeli planował... to nie swoją śmierć, a spokojne życie. Pracę od ósmej do szesnastej. Uczciwą. Z papierami. Taką nie na czarno. Kimś, kto czekał na niego w czystym mieszkaniu, albo on czekał na niego. Pasmo nierealnych marzeń. Czasami, wbrew znajomości samego siebie, wyobrażał sobie nawet posiadanie kota lub psa. - Naprawdę obchodzi cię, co o tobie pomyślą, kiedy będziesz martwa? Tam już nic nie ma, nic cię nie obchodzi. - Powiedział jej: usiądź na łóżku, a nie przy łóżku, ale zignorował wybranie przez Mills innego miejsca. Jakie to w końcu miało znaczenie? Żadne. Absolutnie żadne. Zrobił więc to, co zapowiedział - postarał się te włosy wyrównać tak dobrze jak potrafił. - Nawet jak na nas naplują, to tylko i wyłącznie ich problem. - Nie wierzył bowiem w żadną z koncepcji zaświatów. A jeżeli religijni fanatycy mieli rację, kij z tym - piekło, niebo, limbo, wszystko mu było jedno - nie spojrzy na świat żywych nigdy więcej. Oglądanie ludzi, których kochał, a nie mógł ich mieć, było prawdopodobnie najgorszą możliwą torturą dla kogoś o jego charakterze. - Jak nikt mnie tu nie zajebie i odechce mi się żyć, to wyjadę do Stanów. Zrobię sobie taki trip po wybrzeżu, a na końcu nie wiem, spierdolę się ze skały. Gdzieś gdzie jest ciepło i zawsze świeci słońce. - Miło byłoby przed śmiercią dowiedzieć się, jak wyglądały te podobno piękne wschody i zachody słońca. W jego oczach wszystko jawiło się jako skala szarości i nie miał pojęcia, czym wszyscy się zachwycali. Niestety nie każde życzenie dało się spełnić.
Dotyk jego rąk był bardzo delikatny. Czuły. Crow był uważny, zwracał uwagę na krwawiące nacięcia. Nie narzucał się w cudzej przestrzeni, ale też wyraźnie lubił być blisko innych ludzi.
Ucięte pasma rzucał niedbale na podłogę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.