03.05.2024, 08:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2024, 08:37 przez Florence Bulstrode.)
Już same głosy, rozbrzmiewające w zagajniku, wystarczyły, aby po kręgosłupie Florence przebiegł zimny dreszcz, a nadgarstek odruchowo niemalże zmienił pozycję – z gotowości do rzucenia zaklęcia, które miało ułatwić diagnostykę, do pozycji pozwalającej na utkanie czaru obronnego. A potem Geraldine nagle spróbowała ją minąć, kierując się ku pniom jak zaczarowana.
Może była zaczarowana.
Może głosy nie były tylko głosami, ale wpływały jakoś na umysł?
– Ani się waż! – powiedziała Bulstrode ostro, wyciągając lewą rękę gwałtownym gestem, by chwycić Yaxley za nadgarstek. Nie miała szans zatrzymać ją siłą, z nich dwóch to absolutnie Geraldine była tą sprawniejszą fizycznie, ale musiała przecież przynajmniej spróbować. Opcja związania kobiety była jednak ostatecznością, zwłaszcza w obliczu tego, że gałęzie drzew zdawały się poruszać, sięgać ku nim. – Otrząśnij się natychmiast, Geraldine Yaxley, to jakieś zaklęcie! Jak chcesz im pomóc?
Tak naprawdę nie wiedziała, czy twarze w drzewach to fałsz, jakaś sztuczka, czy prawdziwi nieszczęśnicy, uwięzieni w pniach. Nie miała pojęcia, czy można im jakoś pomóc i bardzo chciałaby sprawdzić. Czy tkwili w tych drzewach i wciąż można było ich uwolnić? Czy te pochłonęły ich i jedyne, co mogłyby dać tym „ludziom” to łaska śmierć? Czy może to było czarnoksięskie zaklęcie, złożono tu ofiary, a ludzie nie żyli od dawna? Ale podstawową zasadą pracy uzdrowiciela było zadbanie o bezpieczeństwo własne oraz otaczających cię osób, a jej bardzo, bardzo nie podobało się, że jeden z pni rozwarł się, jakby chciał je pożreć.
I Geraldine ewidentnie nie była sobą.
Spróbowała rzucić tarczę, kiedy jedna z gałęzi ruszyła w ich kierunku, ale czar nie zadziałał, czy to przez brak należytego skupienia, czy przez to, że Florence jednocześnie próbowała wycofać się i odciągnąć Geraldine dalej.
– Spójrz na to wielkie drzewo. Ono się otwiera – powiedziała Bulstrode naglącym tonem. Nie wiedziała, jak te głosy brzmią w głowie Geraldine: być może gdyby usłyszała tutaj nawołujących ją braci czy Laurenta albo Vincenta, i sama dałaby się zwieść…
Może była zaczarowana.
Może głosy nie były tylko głosami, ale wpływały jakoś na umysł?
– Ani się waż! – powiedziała Bulstrode ostro, wyciągając lewą rękę gwałtownym gestem, by chwycić Yaxley za nadgarstek. Nie miała szans zatrzymać ją siłą, z nich dwóch to absolutnie Geraldine była tą sprawniejszą fizycznie, ale musiała przecież przynajmniej spróbować. Opcja związania kobiety była jednak ostatecznością, zwłaszcza w obliczu tego, że gałęzie drzew zdawały się poruszać, sięgać ku nim. – Otrząśnij się natychmiast, Geraldine Yaxley, to jakieś zaklęcie! Jak chcesz im pomóc?
Tak naprawdę nie wiedziała, czy twarze w drzewach to fałsz, jakaś sztuczka, czy prawdziwi nieszczęśnicy, uwięzieni w pniach. Nie miała pojęcia, czy można im jakoś pomóc i bardzo chciałaby sprawdzić. Czy tkwili w tych drzewach i wciąż można było ich uwolnić? Czy te pochłonęły ich i jedyne, co mogłyby dać tym „ludziom” to łaska śmierć? Czy może to było czarnoksięskie zaklęcie, złożono tu ofiary, a ludzie nie żyli od dawna? Ale podstawową zasadą pracy uzdrowiciela było zadbanie o bezpieczeństwo własne oraz otaczających cię osób, a jej bardzo, bardzo nie podobało się, że jeden z pni rozwarł się, jakby chciał je pożreć.
I Geraldine ewidentnie nie była sobą.
Spróbowała rzucić tarczę, kiedy jedna z gałęzi ruszyła w ich kierunku, ale czar nie zadziałał, czy to przez brak należytego skupienia, czy przez to, że Florence jednocześnie próbowała wycofać się i odciągnąć Geraldine dalej.
– Spójrz na to wielkie drzewo. Ono się otwiera – powiedziała Bulstrode naglącym tonem. Nie wiedziała, jak te głosy brzmią w głowie Geraldine: być może gdyby usłyszała tutaj nawołujących ją braci czy Laurenta albo Vincenta, i sama dałaby się zwieść…
Rzut PO 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana