05.05.2024, 00:42 ✶
- Siostra zawsze mi mówiła, że głodnemu chleb na myśli. - Zażartował i... nie poznał sam siebie. Bo to nie był typowy żart Dolohova, tylko jakaś mizerna próba zaczepnego rozbawienia człowieka, który siedział naprzeciw, w sytuacji, w której wcale nie musiał tego robić. - Ale na litość wszystkich gwiazd, savoir vivre zachowaj dla kobiet, które są tego jakkolwiek warte. - Nie zamknąć Annaleigh w piwnicy, bo zakazywał tego dżentelmeński kodeks...
Nie zamierzał odchodzić, ha. Przynajmniej tak mówił. I dobrze. Niech tak mówi. Niech tak myśli, niech sobie wyryje to w głowie, bo Dolohov wcale nie chciał go wymieniać, choćby i nowy asystent miał pracować lepiej. Dlatego wcześniej pomyślał - może ta Amortencja nie była taka głupia, może gdyby odebrać sobie ludzkie potrzeby, gdyby wyprać się kompletnie z jakichkolwiek emocji, jego życie i kariera byłyby prostsze? Nie musiałby cierpieć, nie musiałby mierzyć się z coraz mocniejszym przywiązaniem do człowieka, z którym powinny wiązać go profesjonalne relacje. Taktaktak, mógłby grać i dać temu minąć. Mógłby udawać kogoś kompletnie nim niezainteresowanego. W kontekście tego, od jak dawna nie był z nikim blisko, uganianie się za tym, żeby częściej widzieć jego uśmiech, było wręcz... żenujące. Jakoś mu tak nie pasowało. Śmierdziało obcością, czymś niepasującym do układanki, ale to było też czymś, z czym musiał się mierzyć niezależnie od swojej woli - bo to nie wydawało się już być potrzebą ciała ani serca, tylko jakąś głębszą potrzebą duszy. To była chłodna samotność szepcząca mu do ucha coraz to mocniej zahaczające o abstrakcję pomysły, czy naprawdę siedział przed swoją bratnią duszą?
Nie wiedział. On naprawdę nie znał na to odpowiedzi. Czy istniała na to w ogóle prawidłowa odpowiedź, jaką można by pokierować się już na tym etapie, czy musiało to wyglądać jak ostatnio? Wtedy, kiedy przekonał się, że najbliższa mu osoba, ktoś, komu ufał bezgranicznie, był nikim więcej niż etapem. Etapem. Nauczką. Świadectwem tego, że jego ojciec poniekąd miał rację w swoich paskudnych osądach.
Nie miał problemu z przyznawaniem się do błędów jeżeli chodziło o karierę zawodową, bo to pchało go do przodu. Ale jeżeli chodziło o życie? Zrobiłby wiele, aby nie musieć znów cierpieć. Nic tak bardzo nie sprowadzało go na ziemię w poczuciu boskości, jak gorycz związana z utratą czegoś, na czym ci zależało. Na swoje nieszczęście doświadczył tego wielokrotnie. Raz na tyle silnie, aby go to permanentnie zrujnowało. W pewnych aspektach funkcjonowania nigdy nie udało mu się podnieść.
- To dobrze, bo nie zamierzam cię stąd wypuszczać - przyznał się otwarcie - ale pytałem o emocje. - Pewnie był dosyć naiwny w myśleniu, że jego zmiana miała się na Trelawneyu głęboko odbić, bo nie zamierzał działać na przekór jego naturze, jakąkolwiek by ona nie była, ale naprawdę chciał mieć go blisko siebie. Jak księżyc. To byłoby miłe, gdyby akurat Peregrinowi przyszło odbijać jego światło.
- Nie, nie jesteś. Ja widzę cię o wiele wyraźniej. - Jako drugą osobę w tym samym pomieszczeniu, nie jako jej cień, chociaż mógłby przysiąc, że jego asystent i tak przebijał się przez mgłę, jaką rzucała na jego umysł amortencja. - Zastanawiałem się dzisiaj, czy poza tym, czym zajmujesz się w Prawach Czasu, prowadzisz jeszcze jakieś badania.
Ale mimo zagajenia go, nie było tu czasu na detale, to była rozmowa na inny dzień. Zmęczenie dobijało go coraz mocniej, a dzisiejszy grafik nie obiecywał przestrzeni na odpoczynek.
Nie zamierzał odchodzić, ha. Przynajmniej tak mówił. I dobrze. Niech tak mówi. Niech tak myśli, niech sobie wyryje to w głowie, bo Dolohov wcale nie chciał go wymieniać, choćby i nowy asystent miał pracować lepiej. Dlatego wcześniej pomyślał - może ta Amortencja nie była taka głupia, może gdyby odebrać sobie ludzkie potrzeby, gdyby wyprać się kompletnie z jakichkolwiek emocji, jego życie i kariera byłyby prostsze? Nie musiałby cierpieć, nie musiałby mierzyć się z coraz mocniejszym przywiązaniem do człowieka, z którym powinny wiązać go profesjonalne relacje. Taktaktak, mógłby grać i dać temu minąć. Mógłby udawać kogoś kompletnie nim niezainteresowanego. W kontekście tego, od jak dawna nie był z nikim blisko, uganianie się za tym, żeby częściej widzieć jego uśmiech, było wręcz... żenujące. Jakoś mu tak nie pasowało. Śmierdziało obcością, czymś niepasującym do układanki, ale to było też czymś, z czym musiał się mierzyć niezależnie od swojej woli - bo to nie wydawało się już być potrzebą ciała ani serca, tylko jakąś głębszą potrzebą duszy. To była chłodna samotność szepcząca mu do ucha coraz to mocniej zahaczające o abstrakcję pomysły, czy naprawdę siedział przed swoją bratnią duszą?
Nie wiedział. On naprawdę nie znał na to odpowiedzi. Czy istniała na to w ogóle prawidłowa odpowiedź, jaką można by pokierować się już na tym etapie, czy musiało to wyglądać jak ostatnio? Wtedy, kiedy przekonał się, że najbliższa mu osoba, ktoś, komu ufał bezgranicznie, był nikim więcej niż etapem. Etapem. Nauczką. Świadectwem tego, że jego ojciec poniekąd miał rację w swoich paskudnych osądach.
Nie miał problemu z przyznawaniem się do błędów jeżeli chodziło o karierę zawodową, bo to pchało go do przodu. Ale jeżeli chodziło o życie? Zrobiłby wiele, aby nie musieć znów cierpieć. Nic tak bardzo nie sprowadzało go na ziemię w poczuciu boskości, jak gorycz związana z utratą czegoś, na czym ci zależało. Na swoje nieszczęście doświadczył tego wielokrotnie. Raz na tyle silnie, aby go to permanentnie zrujnowało. W pewnych aspektach funkcjonowania nigdy nie udało mu się podnieść.
- To dobrze, bo nie zamierzam cię stąd wypuszczać - przyznał się otwarcie - ale pytałem o emocje. - Pewnie był dosyć naiwny w myśleniu, że jego zmiana miała się na Trelawneyu głęboko odbić, bo nie zamierzał działać na przekór jego naturze, jakąkolwiek by ona nie była, ale naprawdę chciał mieć go blisko siebie. Jak księżyc. To byłoby miłe, gdyby akurat Peregrinowi przyszło odbijać jego światło.
- Nie, nie jesteś. Ja widzę cię o wiele wyraźniej. - Jako drugą osobę w tym samym pomieszczeniu, nie jako jej cień, chociaż mógłby przysiąc, że jego asystent i tak przebijał się przez mgłę, jaką rzucała na jego umysł amortencja. - Zastanawiałem się dzisiaj, czy poza tym, czym zajmujesz się w Prawach Czasu, prowadzisz jeszcze jakieś badania.
Ale mimo zagajenia go, nie było tu czasu na detale, to była rozmowa na inny dzień. Zmęczenie dobijało go coraz mocniej, a dzisiejszy grafik nie obiecywał przestrzeni na odpoczynek.
Koniec sesji
with all due respect, which is none