Pokręcił głową na wspomnienie żeniaczki i typowych związanych z tym planów, dom, drzewo, syn. To było coś, o czym mu nie mówił przez długie lata przyjaźni, a co nie było też tematem bo Morpheus zadeklarował bardzo ostro, że on ślubu brać nie zamierza. Pewien rodzaj bagażu, który ciągnąłby się za jego dziedzicami.
— Nawet gdybym znalazł sobie jakąś żonę, to nie planuję dzieci, Antoniuszu. Więcej, zadbałbym, aby żadnych nie było. Dlatego właśnie żadne moje bękarty nie biegają po Londynie. Nie mogę ich przekląć temperamentem i martyrologią Longbottomów, nadać możliwości widzenia przyszłości oraz cofania się w czasie. I nie mówię, że mam koszmarne życie, ale zbyt często widzę koszmary. Zresztą, to nie są czasy, żeby powoływać na świat dzieci, bo mogą podzielić los Astynaksa.
Parsknął na głos niewesołym śmiechem, napił się duszkiem wina, aż poruszała mu się grdyka, odchylając szyję do tyłu i pozwalając, aby kilka kropel jasnego jak słoma trunku spłynęło mu po szorstkim policzku za kołnierzyk. Park był wyjątkowo ładny o tej porze roku, przyjemnie nagrzany ciepłem letnich dni; nawet otoczone płotkiem jezioro, stanowiące rezerwat dla kaczek, a późny wieczór elegancko ukrywał ich obecność przed gawiedzią. Zresztą, chociaż tego nie pamiętał, przez umysł zamglony lekko alkoholem, to park na noc był zamykany, po prostu dla nich, jako czarodziejów z możliwością teleportacji, nie był to szczególny problem, a Morpheus był dobry we wszelkich czarach translokacyjnych.
— Oczywiście, że myślałem. Zwłaszcza nad tym, jak dużo musiałeś wydać, aby podrasować tę ruderę na rzecz... Prezentacji. — Wyszczerzył się do przyjaciela w czarującym uśmiechu, pokazującym nieco za dużo zębów, uśmiechu Longbottomów, gdy węszą spisek. Chociaż w jego głowie decyzja już zapadła, miał ochotę powodzić Anthony'ego trochę za nos. Założenia Shafiq'a były bardzo słusznie. Somnia unikał deklaracji miłości i stałości, a nawet jego pokój w Warowni bywał czasami bardziej hotelem i ekscesywną rozmiarami garderobą, bo czarodziej sypiał gdzieś indziej. Tak naprawdę przez lata znajomości Morpheus postawił tylko dwie deklaracje wieczyste, które rzeczywiście przetrwały próbę czasu, a których Antoniusz był świadkiem oraz jedną, niedawną, o której miał się dopiero dowiedzieć. Jego praca, Zakon oraz ta, o której nie mieli rozmawiać. Niewymownym czuł w kościach, że tego wieczoru przyjdzie czas na jeszcze jedną.
Przeczucie Proroka.
— Czarownice i poduszki. Bardzo mocno cię wydały. Powiem ci, że zasłużyłeś na porządne pejcze od jakiegoś możliwego przyszłego kochanka za to. Tak mi grać na nerwach — strzelił językiem z dezaprobatą, ciągnąc jeszcze chwilkę tę farsę, pozwalając złym skojarzeniom i melancholii ulecieć w przestworza, wyparować raz z oddechami zmieszanymi z alkoholem. — A mogłem spędzić ten wieczór z jakąś ładną dziewczyną...
Westchnął niby do siebie, po czym objął ramieniem barki przyjaciela.
— Jesteś tragicznym sprzedawcą jak ja kogoś, kto zawodowo zajmuje się handlem i dyplomacją. Przekonał mnie jednak fakt, że będę mógł ci uprzykrzać życie z bardzo bliskiej odległości i wrzucać kule mydlane do twojego bajorka. Oczywiście, że ją kupuję, druhu. Trochę miłości i nawet ty się nie będziesz brzydził po niej chodzić. Gdybym myślał sercem, a nie inną częścią ciała, to mógłbym się nawet zakochać, ale chyba bardziej akceptowalne jest mówienie, że oddało się serce domostwu, nie kutasa.
Morpheus mówił wulgarnie tak rzadko, że aż to zaskakiwało, niemal nie brzmiało jak on.