04.05.2024, 11:03 ✶
– Tutaj nie ma twojego brata – powiedziała Florence ostrym tonem, palce wciąż kurczowo zaciskając na nadgarstku Yaxley. Tak naprawdę nie była tego wcale pewna, ale dlaczego Astaroth Yaxley miałby trafić do zagajnika zaklętych drzew w Lesie Wisielców tuż przed nimi?
Bulstrode nie należała do osób nie znających lęku. Nie panikowała nigdy: była uzdrowicielką i osobą z rodu, który spoglądał w przyszłość. Potrafiła zachować zimną krew niemal w każdej sytuacji – nie oznaczało to jednak, że się nie bała. W tej chwili chłodne macki strachu zaciskały się na jej duszy, tym silniejsze, że Geraldine zachowywała się, jakby była pod wpływem jakiegoś zaklęcia. A Florence bała się, że tutaj zginą – i jeszcze bardziej, że utkną w tych drzewach. Bała się i tego, że odejdą, a okaże się, że wśród tych drzew naprawdę był ktoś, kogo Yaxley znała. Że to jednak nie zaklęcie i że skażą bliską kobiecie osobę na los gorszy od śmierci.
Nie powinna była w ogóle zgadzać się tutaj przyjść.
Z jej płuc wydostało się wstrzymywane dotąd powietrze, gdy Yaxley uniosła różdżkę, i przed nimi nagle pojawiła się ściana, o którą uderzyły gałęzie. Otrząsnęła się. Dobrze. Florence puściła jej nadgarstek, obracając się gwałtownie, gdy zdało się jej, że z innej strony słyszy jakiś dźwięk. Ponownie machnęła własną różdżką, wyczarowując wokół nich tarczę.
– Myślę, że chcą nas zabić, Geraldine – oświadczyła, bardzo spokojnym tonem, chociaż spokoju wcale nie czuła. Zdawało się jej, że teraz wszystkie drzewa w okolicy poruszają się, że choć nie ma wiatru, ich gałęzie tańczą, a wokół narasta coraz większy szum, wywoływany przez natarczywe głosy i liście wprawiane w ruch.
Tak bardzo chciałaby zbadać to miejsce, ale rozsądek podpowiadał, że nie zdoła tego zrobić, gdy drzewa starają się je porwać.
– Powinnyśmy się stąd teleportować – powiedziała. Nie znikła jednak od razu: nie było mowy, aby zabrała się stąd bez Geraldine, a Florence nie była pewna, na ile ta otrząsnęła się z tej dziwnej magii, która na moment opanowała jej umysł.
Bulstrode nie należała do osób nie znających lęku. Nie panikowała nigdy: była uzdrowicielką i osobą z rodu, który spoglądał w przyszłość. Potrafiła zachować zimną krew niemal w każdej sytuacji – nie oznaczało to jednak, że się nie bała. W tej chwili chłodne macki strachu zaciskały się na jej duszy, tym silniejsze, że Geraldine zachowywała się, jakby była pod wpływem jakiegoś zaklęcia. A Florence bała się, że tutaj zginą – i jeszcze bardziej, że utkną w tych drzewach. Bała się i tego, że odejdą, a okaże się, że wśród tych drzew naprawdę był ktoś, kogo Yaxley znała. Że to jednak nie zaklęcie i że skażą bliską kobiecie osobę na los gorszy od śmierci.
Nie powinna była w ogóle zgadzać się tutaj przyjść.
Z jej płuc wydostało się wstrzymywane dotąd powietrze, gdy Yaxley uniosła różdżkę, i przed nimi nagle pojawiła się ściana, o którą uderzyły gałęzie. Otrząsnęła się. Dobrze. Florence puściła jej nadgarstek, obracając się gwałtownie, gdy zdało się jej, że z innej strony słyszy jakiś dźwięk. Ponownie machnęła własną różdżką, wyczarowując wokół nich tarczę.
– Myślę, że chcą nas zabić, Geraldine – oświadczyła, bardzo spokojnym tonem, chociaż spokoju wcale nie czuła. Zdawało się jej, że teraz wszystkie drzewa w okolicy poruszają się, że choć nie ma wiatru, ich gałęzie tańczą, a wokół narasta coraz większy szum, wywoływany przez natarczywe głosy i liście wprawiane w ruch.
Tak bardzo chciałaby zbadać to miejsce, ale rozsądek podpowiadał, że nie zdoła tego zrobić, gdy drzewa starają się je porwać.
– Powinnyśmy się stąd teleportować – powiedziała. Nie znikła jednak od razu: nie było mowy, aby zabrała się stąd bez Geraldine, a Florence nie była pewna, na ile ta otrząsnęła się z tej dziwnej magii, która na moment opanowała jej umysł.