04.05.2024, 21:35 ✶
Zielone oczy przyglądają mu się uważnie i przez chwilę nadziwić się nie może, że Nicholas jest już dorosłym mężczyzną. Z karierą, zupełnie niezależnym… kto wie, może i niedługo sam założy własną gałąź rodziny Travers? Nie podejrzewała go o tęsknotę do rodzinnego ciepła od którego z resztą sam od dłuższego czasu skutecznie się izolował. Cieszy się, że przed nią stawia mur odrobinę niższy, jasno wskazujący na zaufanie które tak skrzętnie od lat buduje.
Nie potrafi powstrzymać cichego parsknięcia śmiechem, jakie ucieka z jej piersi na wspomnienie jej własnej matki. Dociekliwość przeszła w genach i na nią, Vera jest jedna pewna, iż nie miała nic wspólnego z męczeniem bliskich.
- Acha, coś o tym wiem. Dwadzieścia pięć lat temu była znacznie gorsza, czas jest chyba dla nas łaskawy. - Puszcza mu oczko z uśmiechem. Była jedyną córką co sprawiało, iż zawsze miała… specjalne względy u swojej matki. Niekoniecznie jednak były one pozytywne. - To dlatego unikasz rezydencji? Unikasz pytań? - Pyta zaraz, w jej głosie brak jednak dociekliwości bądź jakichkolwiek wyrzutów. Brak w nim również nacisku, miast tego wybrzmiewa troska. Bo choć bratanek był dorosłym mężczyzną dla Very nadal pozostawał kimś ważnym.
A o tych zwykła się troszczyć, na swój własny, specyficzny sposób.
Unosi filiżankę do ust, by upić łyk gorącego naparu. Ten przyjemnie rozgrzewa usta oraz przełyk. Dopiero teraz czuje, jak stres związany z pracą powoli opuszcza jej ciało, pozwalając skupić się na rozmowie. Bezwiednie kiwa głową, zupełnie jakby dawała znać rozmówcy że słucha go i jeszcze nie odlatuje myślami w zupełnie inne miejsce… Choć tak naprawdę umysł rozpoczyna pracę na podwyższonych obrotach, wyszukując wszelkie wiadomości powiązane ze wspomnianym nazwiskiem jakie tylko kiedykolwiek spotkała.
Greyback…
Greyback…
Greyback…
- Gdy byłam w drugiej klasie Hogwartu jeden Greyback wylał na moją szatę kałamarz. - Wypowiada niemal machinalnie gdy łapie się tej myśli niczym kotwicy, mającej zapewnić, iż nie zatonie w strumieniu myśli. - Po za tym… Raczej nie mamy z nimi jakichkolwiek stosunków, a przynajmniej ja o nich nic nie wiem. Słyszałam kiedyś o kilku, który również dotknięci byli likantropią, jakoś jednak nigdy nie było nam po drodze. Tata wspominał kiedyś ich nazwisko, jeszcze gdy pracował w rejestrze. Więcej informacji nie jestem w stanie ci udzielić. - Odpowiada najobszerniej jak potrafi, niestety ciężko jest sformułować esej na temat który praktycznie nie istnieje.
Ponownie unosi filiżankę do ust.
- Czemu cię interesują? - Pyta, unosząc z zaciekawieniem brew. Vera, w przeciwieństwie do rodziny, nie pozostawała w cieniu, zwłaszcza w towarzystwie naukowym. A to wiązało się z pewną siatką kontaktów, jaką udało jej się utkać.
I którą mogłaby w ostateczności uruchomić.
Nie potrafi powstrzymać cichego parsknięcia śmiechem, jakie ucieka z jej piersi na wspomnienie jej własnej matki. Dociekliwość przeszła w genach i na nią, Vera jest jedna pewna, iż nie miała nic wspólnego z męczeniem bliskich.
- Acha, coś o tym wiem. Dwadzieścia pięć lat temu była znacznie gorsza, czas jest chyba dla nas łaskawy. - Puszcza mu oczko z uśmiechem. Była jedyną córką co sprawiało, iż zawsze miała… specjalne względy u swojej matki. Niekoniecznie jednak były one pozytywne. - To dlatego unikasz rezydencji? Unikasz pytań? - Pyta zaraz, w jej głosie brak jednak dociekliwości bądź jakichkolwiek wyrzutów. Brak w nim również nacisku, miast tego wybrzmiewa troska. Bo choć bratanek był dorosłym mężczyzną dla Very nadal pozostawał kimś ważnym.
A o tych zwykła się troszczyć, na swój własny, specyficzny sposób.
Unosi filiżankę do ust, by upić łyk gorącego naparu. Ten przyjemnie rozgrzewa usta oraz przełyk. Dopiero teraz czuje, jak stres związany z pracą powoli opuszcza jej ciało, pozwalając skupić się na rozmowie. Bezwiednie kiwa głową, zupełnie jakby dawała znać rozmówcy że słucha go i jeszcze nie odlatuje myślami w zupełnie inne miejsce… Choć tak naprawdę umysł rozpoczyna pracę na podwyższonych obrotach, wyszukując wszelkie wiadomości powiązane ze wspomnianym nazwiskiem jakie tylko kiedykolwiek spotkała.
Greyback…
Greyback…
Greyback…
- Gdy byłam w drugiej klasie Hogwartu jeden Greyback wylał na moją szatę kałamarz. - Wypowiada niemal machinalnie gdy łapie się tej myśli niczym kotwicy, mającej zapewnić, iż nie zatonie w strumieniu myśli. - Po za tym… Raczej nie mamy z nimi jakichkolwiek stosunków, a przynajmniej ja o nich nic nie wiem. Słyszałam kiedyś o kilku, który również dotknięci byli likantropią, jakoś jednak nigdy nie było nam po drodze. Tata wspominał kiedyś ich nazwisko, jeszcze gdy pracował w rejestrze. Więcej informacji nie jestem w stanie ci udzielić. - Odpowiada najobszerniej jak potrafi, niestety ciężko jest sformułować esej na temat który praktycznie nie istnieje.
Ponownie unosi filiżankę do ust.
- Czemu cię interesują? - Pyta, unosząc z zaciekawieniem brew. Vera, w przeciwieństwie do rodziny, nie pozostawała w cieniu, zwłaszcza w towarzystwie naukowym. A to wiązało się z pewną siatką kontaktów, jaką udało jej się utkać.
I którą mogłaby w ostateczności uruchomić.