04.05.2024, 21:35 ✶
Pomieszczenie w którym się znajduje przypomina jej odrobinę poczekalnię w Świętym Mungu, tuż przed remontem. Dziwną, nazbyt surową przestrzeń w której, wedle założeń winno się spędzać niewielki wycinek swojego czasu. Prawda jednak bywała inna, w poczekalniach nie raz spędzało się długie godziny, zaś ona odwracała zawsze spojrzenie od oczekujących zwyczajnie chcąc uniknąć zakłócania jej spokoju.
Ile też przyjdzie jej spędzić czasu tutaj, w tej namiastce poczekalni? Miała nadzieję, że nie za długo ani nie za krótko, po prostu… W sam raz. Tyle, ile potrzebowali, by obdarzył ją informacjami mającymi przeważyć szalę albo na stronę “za” albo na tę “przeciw”. Ciało reaguje delikatnie na dotyk jego dłoni, odzwyczajone od podobnie przyjaznych gestów… Przynajmniej oficjalnie.
- Dobrze, ostatnim czego nam potrzeba jest kolejna para uszu. - Unosi delikatnie kąciki ust w wyrazie zadowolenia, choć przez chwilę nie wątpiła, że Robert umie zabezpieczyć swoje interesy. Znała go. Nawet jeśli miało to miejsce przed latami, pewne rzeczy w esencji człowieka pozostawały niezmienne. Wyryte mocno w skale, które nie dało się wyburzyć. Zabawne, kiedyś on sam przypominał jej skałę, teraz zaś… Jeszcze nie była pewna.
Zajmuje jedno z miejsc i nonszalancko zakłada nogę na nogę. Smukłe palce przesuwają się po materiale sukni, pasującej barwą do wina, by poprawić jej ułożenie. - Primitivo? Masz dobrą pamięć, Robercie. - Posyła mu uprzejmy uśmiech, niemo przyjmując ofertę. Wino zawsze pomaga rozładować stres zbierający się gdzieś w zakamarkach ciała, z pewnością przyda się również do nawilżenia gardeł gdyż zapowiada się przed nimi rozmowa długa, o sporej ilości wątków. Vera ma również nadzieję, iż wino odrobinę uspokoi jej umysł co pozwoli jej w pełni skupić się na rozmowie i nie odlecieć myślami w analizowanie nadmiaru danych, zgromadzonych w głowie.
Czeka, aż mężczyzna rozleje wino do kieliszków. Jego perfekcja, by w kieliszkach znalazła się odpowiednia ilość alkoholu, wydaje się być naturalna i w ciepły, przyjemny sposób znajoma. Bo czy i ona nie posiadała podobnego dziwactwa? Tak, to był jeden z tych powodów, dla których lubiła z nim pracować.
Unosi w końcu kieliszek, by delikatnie stuknąć nim o kieliszek Mulcibera.
- Za spotkanie. - Krótki, odrobinę formalny toast będący przejawem wpisanej w pewne konwenanse zasady. Powoli, niespiesznie przykłada szkło do ust, by umoczyć je w półwytrawnym winie i do pełni zadowolenia brakuje jej jedynie winogron i ciemnej, gorzkiej czekolady. - A teraz opowiedz mi proszę o wszystkim od początku. - Prosi… a może nakazuje? Głos Very przyjmuje te tony, w których trudno zauważyć subtelną różnicę między jednym a drugim. Porusza się też, aby przyjąć odrobinę wygodniejszą pozycję, gotowa na zapewne dłuższą opowieść. I jak dbałość o swoje interesy zdawała się być esencją Roberta Mulcibera, tak esencją Very było sprawne przechodzenie do konkretów… Chyba o tym nie zapomniał, czyż nie?
Ile też przyjdzie jej spędzić czasu tutaj, w tej namiastce poczekalni? Miała nadzieję, że nie za długo ani nie za krótko, po prostu… W sam raz. Tyle, ile potrzebowali, by obdarzył ją informacjami mającymi przeważyć szalę albo na stronę “za” albo na tę “przeciw”. Ciało reaguje delikatnie na dotyk jego dłoni, odzwyczajone od podobnie przyjaznych gestów… Przynajmniej oficjalnie.
- Dobrze, ostatnim czego nam potrzeba jest kolejna para uszu. - Unosi delikatnie kąciki ust w wyrazie zadowolenia, choć przez chwilę nie wątpiła, że Robert umie zabezpieczyć swoje interesy. Znała go. Nawet jeśli miało to miejsce przed latami, pewne rzeczy w esencji człowieka pozostawały niezmienne. Wyryte mocno w skale, które nie dało się wyburzyć. Zabawne, kiedyś on sam przypominał jej skałę, teraz zaś… Jeszcze nie była pewna.
Zajmuje jedno z miejsc i nonszalancko zakłada nogę na nogę. Smukłe palce przesuwają się po materiale sukni, pasującej barwą do wina, by poprawić jej ułożenie. - Primitivo? Masz dobrą pamięć, Robercie. - Posyła mu uprzejmy uśmiech, niemo przyjmując ofertę. Wino zawsze pomaga rozładować stres zbierający się gdzieś w zakamarkach ciała, z pewnością przyda się również do nawilżenia gardeł gdyż zapowiada się przed nimi rozmowa długa, o sporej ilości wątków. Vera ma również nadzieję, iż wino odrobinę uspokoi jej umysł co pozwoli jej w pełni skupić się na rozmowie i nie odlecieć myślami w analizowanie nadmiaru danych, zgromadzonych w głowie.
Czeka, aż mężczyzna rozleje wino do kieliszków. Jego perfekcja, by w kieliszkach znalazła się odpowiednia ilość alkoholu, wydaje się być naturalna i w ciepły, przyjemny sposób znajoma. Bo czy i ona nie posiadała podobnego dziwactwa? Tak, to był jeden z tych powodów, dla których lubiła z nim pracować.
Unosi w końcu kieliszek, by delikatnie stuknąć nim o kieliszek Mulcibera.
- Za spotkanie. - Krótki, odrobinę formalny toast będący przejawem wpisanej w pewne konwenanse zasady. Powoli, niespiesznie przykłada szkło do ust, by umoczyć je w półwytrawnym winie i do pełni zadowolenia brakuje jej jedynie winogron i ciemnej, gorzkiej czekolady. - A teraz opowiedz mi proszę o wszystkim od początku. - Prosi… a może nakazuje? Głos Very przyjmuje te tony, w których trudno zauważyć subtelną różnicę między jednym a drugim. Porusza się też, aby przyjąć odrobinę wygodniejszą pozycję, gotowa na zapewne dłuższą opowieść. I jak dbałość o swoje interesy zdawała się być esencją Roberta Mulcibera, tak esencją Very było sprawne przechodzenie do konkretów… Chyba o tym nie zapomniał, czyż nie?