- To brzmiało strasznie realnie, jakby Astaroth naprawdę do mnie mówił. - Próbowała wyjaśnić Bulstrode dlaczego tak zareagowała. W końcu to był jej młodszy brat, nie mogła zignorować, jego prośby o pomoc, musiała reagować, szczególnie po tym, jak już raz go zawiodła. Kiedy myślała nad tym dłużej to faktycznie było nieprawdopodobne, aby znalazł się w tym lesie. O tej porze musiał być w jej mieszkaniu, nie wychodził nigdzie w dzień, bo przecież słońce mogło go zabić w ledwie kilka sekund. Ależ była głupia, że w to uwierzyła. Dała się nabrać, jak dzieciak.
Florence okazała się być jej kotwicą, która łączyła ją z tym, co działo się naprawdę, a z tym, co było nierzeczywiste. Nie miała pojęcia, czy to było zaklęcie, czar, czy może coś większego. Może to całe miejsce było jakoś przeklęte, może te drzewa były czymś więcej niż tylko drzewami? Nie była to dziedzina magii, w której specjalnie się odnajdywała, wszak ona walczyła głównie z tym, co było prawdziwe, co można było złapać, czemu można było odciąć łeb i się tego pozbyć w najbardziej banalny sposób - siłą. W tym była dobra, a nie w jakichś magicznych sztuczkach.
Udało jej się wyczarować ścianę, która oddzieliła je od sięgających w ich stronę gałęzi. Otrzeźwiło ją to już konkretnie, głosy, które chwilę wcześniej słyszała stały się mocno przytłumione, już ich nie słuchała. Odetchnęła z ulgą, była naprawdę bliska temu, żeby wejść do tego zagajnika, na szczęście tego nie zrobiła, bo mogła skończyć jako jedno z tych drzew, na zawsze uwiązana do tego lasu.
- Myślę, że śmierć nie byłaby najgorszym rozwiązaniem, wolałabym nie utknąć tutaj na zawsze. - Najwyraźniej zgadzały się co do tego, jakie zamiary wobec nich miały te magiczne drzewa. Musiały stąd odejść, jak najszybciej. Nie dać się im złapać.
- Uważam, że to świetny pomysł, chyba jedyny właściwy, może powiemy komuś o tym co się tutaj dzieje? - Nie do końca wiedziała komu, może ministerstwo już się zainteresowało tematem. Pewna była jedynie tego, że to miejsce było bardzo niebezpieczne, mogło otumanić naprawdę każdego, no może poza Florence, która wydawała się rozsądnie podchodzić do tematu. Lepiej by było jednak, żeby ktoś się zajął tym problemem, nie wiadomo, czy te drzewa nie są czyimiś bliskimi, którzy przepadli nie wiadomo gdzie.
Florence puściła jej nadgarstek, nie musiała już jej za niego przytrzymywać, bo Yaxley otrzeźwiała. Głosy ponownie próbowały do nich dotrzeć, naprawdę lepiej by było, gdyby się pospieszyły, bo kto wie, może znowu uda się im je, albo przynajmniej ją otumanić, szczególnie, że za pierwszym razem poszło im to całkiem łatwo.
- Teleportujmy się, może każda do siebie, później się dogadamy, co właściwie się tutaj wydarzyło i co powinnyśmy z tym zrobić. - Musiały w jakiś sposób zareagować, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, póki co jednak, chciała się upewnić, że Astaroth faktycznie jest cały i zdrowy, śpi sobie w swojej trumnie, znaczy na kanapie, czy coś. Później będzie mogła nad tym myśleć.