05.05.2024, 18:16 ✶
- Powiem ci, że do Departamentu Tajemnic to też na piękne oczy nie przyjmują... Kto by pomyślał, phi - zauważyłem z sarkazmem, tak o sobie!, w temacie tych ocen. Na bakier z nimi byłem, bynajmniej póki Otto nie postanowił mnie poskładać do kupy, bo nie zamierzał patrzeć jak sobie marnuję przyszłość. Prawilny przyjaciel, hem, był z niego swego czasu. Teraz to wkurwiający pizdeusz. - Ja z kategorii zdolny, ale leniwy - wydukałem z siebie, po czym stwierdziłem, że gdybym nie był z lenistwa taką tępą pizdą, to nie wdychałbym jak pojeb randomowego dymu w uliczce. I chuj, ze to Pokątna. Najwyraźniej nie taka bezpieczna jak ją Ministerstwo malowało.
- A wiesz... właśnie miałem ci przerywać to pierdolenie o niewpadaniu w tarapaty i pewnie bym to zrobił, gdybyś się jednak nie przyznała, Longbottom. Odnotowane - odparłem, unosząc już nawet karcącego palucha, ale nim nie machałem przed jej nosem. - Ale spokojna głowa, będę milczał jak w grobie. Albo jak grób właściwie, bo jak zdarzy mi się zemrzeć, to taki cichy to ja nie będę... Ale nie dokończyłem myśli, twoje paskudne cechy charakteru, trupy pod dywanem i inne sprawy, które widzę w twoich oczach, Brenno, są ze mną bezpieczne. Poza tym... Nieskromnie dodam, że samo przebywanie ze mną, czyli rasowym pechowcem, jest niczym pakowanie się w kłopoty. Przeboje gwarantowane, jak widzisz - zauważyłem albo pierdoliłem trzy po trzy, unosząc tym razem obie dłonie do niebios. Albo do ścian tych paskudnych, obleśnych budynków. Może nawet gdybym był mniej porywczy, to i tak jakiś pech posłałby mnie w te niekończące się spacery. Ale cicho! Tym razem pech posyłał mnie prosto w ramiona Persephony.
- No to pięknie... Nie wiem, czy ja jutro pojawię się w robocie, skoro posyłasz mnie prosto w pazury Starej - zauważyłem, z rzecz jasna udawaną zgrozą, aczkolwiek byłem pewien, że łeb to na pewno od przesłuchania mi pęknie. Nocowanie poza mieszkaniem jednakże nie miało sensu, szczególnie że najlepszym lekarstwem na moje życiowe trudy było wtulenie się w tę parę bladych cycków i zaśnięcie. - Cóż, postaram się być dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, jasna sprawa - dodałem chyba na pocieszenie. Zaśmiałem się, przecierając twarz wolną ręką i, cóż, biorąc głęboki wdech. To ten czas, kiedy trzeba było skończyć z czworaczkowaniem i stanąć na dwóch łapach. Jeden, drugi krok i będę biegał jak ten dawny smark po Podziemnych Ścieżkach. Byle bym nie ugrzęznął nogą w jakimś błocie, hehe. Wtedy to nie było takie zabawne.
- A wiesz... właśnie miałem ci przerywać to pierdolenie o niewpadaniu w tarapaty i pewnie bym to zrobił, gdybyś się jednak nie przyznała, Longbottom. Odnotowane - odparłem, unosząc już nawet karcącego palucha, ale nim nie machałem przed jej nosem. - Ale spokojna głowa, będę milczał jak w grobie. Albo jak grób właściwie, bo jak zdarzy mi się zemrzeć, to taki cichy to ja nie będę... Ale nie dokończyłem myśli, twoje paskudne cechy charakteru, trupy pod dywanem i inne sprawy, które widzę w twoich oczach, Brenno, są ze mną bezpieczne. Poza tym... Nieskromnie dodam, że samo przebywanie ze mną, czyli rasowym pechowcem, jest niczym pakowanie się w kłopoty. Przeboje gwarantowane, jak widzisz - zauważyłem albo pierdoliłem trzy po trzy, unosząc tym razem obie dłonie do niebios. Albo do ścian tych paskudnych, obleśnych budynków. Może nawet gdybym był mniej porywczy, to i tak jakiś pech posłałby mnie w te niekończące się spacery. Ale cicho! Tym razem pech posyłał mnie prosto w ramiona Persephony.
- No to pięknie... Nie wiem, czy ja jutro pojawię się w robocie, skoro posyłasz mnie prosto w pazury Starej - zauważyłem, z rzecz jasna udawaną zgrozą, aczkolwiek byłem pewien, że łeb to na pewno od przesłuchania mi pęknie. Nocowanie poza mieszkaniem jednakże nie miało sensu, szczególnie że najlepszym lekarstwem na moje życiowe trudy było wtulenie się w tę parę bladych cycków i zaśnięcie. - Cóż, postaram się być dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, jasna sprawa - dodałem chyba na pocieszenie. Zaśmiałem się, przecierając twarz wolną ręką i, cóż, biorąc głęboki wdech. To ten czas, kiedy trzeba było skończyć z czworaczkowaniem i stanąć na dwóch łapach. Jeden, drugi krok i będę biegał jak ten dawny smark po Podziemnych Ścieżkach. Byle bym nie ugrzęznął nogą w jakimś błocie, hehe. Wtedy to nie było takie zabawne.