Przez ten czas zdołał opanować krwawienie z nosa i podnieść się z kolan. Uczyniwszy to mógł wrócić do uczestniczenia w życiu grupy, po to aby odnaleźć się w toczonych przez nich rozmowach. Doświadczanie jakichkolwiek wizji potrafiło wybić go z rytmu albo nawet wytrącić z równowagi. Ta wizja, której doświadczył, była jedną z tych dogłębnie zapadających w pamięć. Taki właśnie był minus bycia posiadaczem daru jasnowidzenia.
— Byłoby najlepiej, gdybyśmy nie stanęli oko w oko z nieumarłymi, niezależnie od tego, co odpowiada za ich stworzenie. Zwykle ten, kto najwolniej ucieka, ginie pierwszy. — Zwrócił się do dyskutujących o nieumarłych czarownic. Opanowanie drżenia głosu nie było takie łatwe, jakby sobie tego życzył. W pierwszej kolejności mówił o sobie, nie mając pewności co do tego czy mógłby liczyć na kogoś z obecnych tutaj osób. Zakładanie w ciemno, że mógłby polegać na swoich towarzyszach nie było w jego stylu - nie poznał części z nich na tyle, aby mieć co do tego niezachwianą pewność. — To jedna z tych wizji, których nie chciałbym doświadczyć. — Wymruczał pod nosem podczas podążania w stronę lasu. Nie bardzo chciał do tego powracać.
— W tym momencie snujesz naprawdę czarne wizje... jednak powinniśmy traktować to jako jeden z możliwych scenariuszy. — Odezwał się z przekąsem po przeczytaniu pokazywanej im kartki. — Jedynie możemy spróbować temu zapobiec. — Posłał poważne spojrzenie Morpheusowi. Słowa, które skierowała do niego Szeptucha, po raz kolejny powróciły do niego. Tym razem jego droga przecinała się ze drogą śmierci, a przecież miał się do niej nie zbliżać.
Leon bardzo chciałby wypowiedzieć się na temat poruszony tym razem przez Alexandra, jednak nie był żadnym ekspertem od tego rodzaju. Pozostawał również przekonany, że jego przemyślenia okażą się raczej błędne. Światło nie mogło istnieć bez ciemności, a w każdym człowieku drzemie zarówno dobro i zło, które w odpowiednich okolicznościach dochodzą do głosu. W jakimś stopniu to widzieli na własne oczy.
— Zaryzykuję stwierdzenie, że rośliny to... proste organizmy, w przeciwieństwie do ludzi. Może też powinniśmy jeszcze raz prześledzić zachowanie tych ludzi. W każdym z nich do głosu dochodziły negatywne emocje, najczęściej wściekłość. Jako ludzie jesteśmy sumą swoich najlepszych, jak i najgorszych cech. Zwykle potrafimy nad sobą panować... teraz wszystko zostało wypaczone. Zachowanie tych ludzi, to jak reagują rośliny na kontakt z człowiekiem. Także w doświadczanej przez nas wizji. W moim odczuciu. — Po dłuższej chwili zastanowienia postanowił podzielić się z towarzyszami swoimi przemyśleniami odnośnie całej tej sytuacji. Na ile były poprawne, a na ile błędne? Tego nie potrafił powiedzieć. Była to naprędce powołana myśl. Nie mieli na tyle czasu aby mógł w kontrolowanych warunkach analizować ten problem.
— Nie widzieliśmy jak dotąd nieumarłych, ani żadnych duchów. Jeśli ci wszyscy ludzie nie opuścili tego miejsca to powinien pozostać po nich jakiś materialny albo niematerialny ślad. Obie teorie są prawdopodobne, choć przez wzgląd na moje poprzednie słowa o wypaczeniu tego miejsca to przychylam się do tej drugiej teorii. — Jakby na znak aprobaty skinął głową ku Alexowi. W swoim mniemaniu całkiem dobrze zrozumiał to, co ten czarodziej miał do powiedzenia.
— Tobie też zdaje się udzielać ta wściekłość, choć w tym przypadku... jest uzasadniona. — Spostrzegł spoglądając na Alexandra. Jego też denerwowało to wszystko, co się tutaj działo - pozostawał zagorzałym przeciwnikiem stosowania wszelakiej przemocy, a składanie ofiar z ludzi stanowiło dla niego wyraźny powód aby ktokolwiek za to odpowiedzialny spędził dożywocie w jakimkolwiek więzieniu. W najlepszym razie.
— Odnoszę wrażenie, że wszyscy potrzebujemy oczyścić atmosferę. Mam w torbie odpowiednie kadzidło. — Wypowiadając te słowa sięgał już ku swojej torbie, z której zamierzał wyciągnąć kadzidło ze splecionych ze sobą ziół: szałwii białej, szałwii lekarskiej, krwawnika, bylicy piołun, kocimiętki, wrotyczu, hyzopu oraz żywicy. Skłoniło go ku temu zachowanie samego Alexandra, jak i nad wyraz żywiołowa odpowiedź jego kuzynki. Takiej wiązanki nie powstydziłby się niejeden stały bywalec Gospody pod Świńskim Łbem. Jego kuzynka już taka była, ale to żadne usprawiedliwienie.
— To nie psy... aby trzymać ich na ich smyczy. Zachowujmy się jak cywilizowani ludzie. — Spojrzał z ukosa na Morpheusa, trzymając jedną dłoń w swojej torbie, w której jego palce wymacały charakterystyczny kształt kadzidła.