05.05.2024, 21:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.05.2024, 21:37 przez Lorien Mulciber.)
Powrót do Londynu miał niewątpliwie swoje zalety. Jedną z nich, zajmującą miejsce na szycie listy – był względnie nieograniczony dostęp do świec i kadzidełek.
Tej nocy po raz pierwszy od dawna spała jak dziecko.
Żadnych koszmarów, budzenia się z krzykiem i płaczem. Tylko ciemność i cisza, w której utonęła niemal od razu. Osłabiony kobiety organizm dał za wygraną zanim jeszcze Robert pojawił się w sypialni, tylko po to, żeby zastać Lorien, pomimo ciepłej nocy, wręcz zakopaną pod kołdrą.
Przebudziła się dopiero, gdy słońce zaczęło wpadać przez uchylone zasłony. Wymamrotała pod nosem coś co brzmiało jak „zgaś to słońce” i w pierwszym odruchu wyciągnęła rękę z zamiarem zlokalizowania męża, tylko po żeby go oddelegować do tego jakże ważne zadania. Ale jej dłoń zamiast pacnąć w Robertowe ramię trafiła z pustym „ompf” w materac. Potem jeszcze raz. I znowu.
W końcu kobieta uchyliła jedno oko, orientując się, że była w łóżku sama. Podniosłą głowę, odgarnęła rozczochrane kudły z twarzy - sama była również w sypialni. Nie zauważyła, kiedy wyszedł? Kadzidełka musiały zadziałać cuda.
Uznając, że w takich warunkach nie da się spać dalej, wygrzebała się z satynowego kokonu, żeby zacząć nowy dzień. Było kilka minut przed ósmą, kiedy wreszcie się ogarnęła, pomalowała (choć to zrobiła tylko i wyłącznie z uwagi na dobro innych domowników, którzy mogliby dostać zawału widząc jak kiepsko wciąż wyglądała), ubrała w szatę bardziej odpowiednią do śniadania niż koszula nocna.
Ósma rano była godziną śniadaniową i choć Lorien nie za bardzo miała ochotę na cokolwiek, to jednak potrzebowała kawy, żeby pozbyć się resztek efektów działania kadzidełek. Nie uśmiechało jej się ziewać przez cały dzień.
W swojej niespecjalnie długiej wędrówce pomiędzy sypialnią, a jadalnią, w której czekała na nią upragniona poranne espresso, musiała minąć gabinet męża i usłyszała jego głos. Rozmawiał z kimś? Mieli gości? Dlatego wstał tak wcześnie? Nie żeby ją to jakoś szczególnie interesowało, zwłaszcza, że myślami była już w kuchni, ale… przechodząc pod drzwiami jakoś tak samo wyszło, że nadstawiła ucha. Nie podsłuchiwała! Szła po prostu w swoją stronę, nie wadząc nikomu. Nie jej wina jeśli coś usłyszy, prawda?
Rzut na Percepcję:
Zatrzymała się w pół kroku. Chwila moment.
"Synu?"
Może pani Mulciber była zaspana, ale z pewnością nie była głucha. Przygryzła lekko dolną wargę, przez kilka drogocennych sekund walcząc ze sobą, żeby nie zapukać i nie sprawdzić z kim Robert tam siedzi. Z drugiej jednak strony… Nie ufała sobie jeszcze na tyle, by wierzyć we wszystko co słyszy.
A potem jak gdyby nigdy nic ruszyła dalej korytarzem, uznając, że tej karty nie ma ochoty w tym momencie rzucać na stół.
Tej nocy po raz pierwszy od dawna spała jak dziecko.
Żadnych koszmarów, budzenia się z krzykiem i płaczem. Tylko ciemność i cisza, w której utonęła niemal od razu. Osłabiony kobiety organizm dał za wygraną zanim jeszcze Robert pojawił się w sypialni, tylko po to, żeby zastać Lorien, pomimo ciepłej nocy, wręcz zakopaną pod kołdrą.
Przebudziła się dopiero, gdy słońce zaczęło wpadać przez uchylone zasłony. Wymamrotała pod nosem coś co brzmiało jak „zgaś to słońce” i w pierwszym odruchu wyciągnęła rękę z zamiarem zlokalizowania męża, tylko po żeby go oddelegować do tego jakże ważne zadania. Ale jej dłoń zamiast pacnąć w Robertowe ramię trafiła z pustym „ompf” w materac. Potem jeszcze raz. I znowu.
W końcu kobieta uchyliła jedno oko, orientując się, że była w łóżku sama. Podniosłą głowę, odgarnęła rozczochrane kudły z twarzy - sama była również w sypialni. Nie zauważyła, kiedy wyszedł? Kadzidełka musiały zadziałać cuda.
Uznając, że w takich warunkach nie da się spać dalej, wygrzebała się z satynowego kokonu, żeby zacząć nowy dzień. Było kilka minut przed ósmą, kiedy wreszcie się ogarnęła, pomalowała (choć to zrobiła tylko i wyłącznie z uwagi na dobro innych domowników, którzy mogliby dostać zawału widząc jak kiepsko wciąż wyglądała), ubrała w szatę bardziej odpowiednią do śniadania niż koszula nocna.
Ósma rano była godziną śniadaniową i choć Lorien nie za bardzo miała ochotę na cokolwiek, to jednak potrzebowała kawy, żeby pozbyć się resztek efektów działania kadzidełek. Nie uśmiechało jej się ziewać przez cały dzień.
W swojej niespecjalnie długiej wędrówce pomiędzy sypialnią, a jadalnią, w której czekała na nią upragniona poranne espresso, musiała minąć gabinet męża i usłyszała jego głos. Rozmawiał z kimś? Mieli gości? Dlatego wstał tak wcześnie? Nie żeby ją to jakoś szczególnie interesowało, zwłaszcza, że myślami była już w kuchni, ale… przechodząc pod drzwiami jakoś tak samo wyszło, że nadstawiła ucha. Nie podsłuchiwała! Szła po prostu w swoją stronę, nie wadząc nikomu. Nie jej wina jeśli coś usłyszy, prawda?
Rzut na Percepcję:
Rzut Z 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Zatrzymała się w pół kroku. Chwila moment.
"Synu?"
Może pani Mulciber była zaspana, ale z pewnością nie była głucha. Przygryzła lekko dolną wargę, przez kilka drogocennych sekund walcząc ze sobą, żeby nie zapukać i nie sprawdzić z kim Robert tam siedzi. Z drugiej jednak strony… Nie ufała sobie jeszcze na tyle, by wierzyć we wszystko co słyszy.
A potem jak gdyby nigdy nic ruszyła dalej korytarzem, uznając, że tej karty nie ma ochoty w tym momencie rzucać na stół.