06.05.2024, 03:25 ✶
Nikt nie powinien mieć kontroli nad wszystkim. To było za dużo. Tak jak teraz dla obu czarodziejów zbyt dużym wyzwaniem było wybiegnięcie myślą poza granice salonu ich wspólnego apartamentu, poza ciało pocierające o drugie ciało, jakby byli dwoma odłamkami krzemienia, które próbowały rozpalić iskrę, która wznieci wokół nich pożar. Czy pochłonie on tylko ich? A może wystąpią ofiary w formie postronnych osób trzecich? Teraz się nad tym nie zastanawiał. Nie wiedział, czy Shafiq kogoś miał, czy ktoś na niego czekał na Wyspach.
A nawet jeśli faktycznie ktoś był, to czy Longbottom powinien czuć się winny, skoro wystarczyło kilka dni delegacji, aby przegnać tę osobę z myśli dyplomaty? Może dawał sygnały, może sugerował, ale Shafiq był niewiele lepszy. Jeśli ktoś miał okazać się rano winny temu zbliżeniu, to wina była obustronna. A może w ogóle jej nie było. Bo czy to, co teraz sobie nawzajem robili, faktycznie mogło być grzechem, gdy same pocałunki wystarczyły, aby wili się w spazmach, szukając bliskości w swoich ramionach?
Ciało Longbottoma wygięło się w łuk, czemu towarzyszył zduszony jęk z erikowego gardła, gdy Anthony coraz odważniej orał paznokciami jego klatkę piersiową, jakby chciał wyrwać włoski zarostu z piersi kochanka, przebić się przez kolejne warstwy jego skóry i mięsa, aby zatopić w końcu dłonie w jego sercu. Ścisnąć je. Wywrzeć nacisk. Pokazać kontrolę. Posiąść siłą to, co Longbottom był aż nader skory podarować mu własnoręcznie na srebrnej tacy. Gdyby miał jaśniejszy umysł, zastanawiałby się, czy miał to być pokaz władzy lub dominacja.
A może Shafiq nawet w ogniu pasji kąsającego ich ciała chciał przeprowadzić kolejny test. Sprawdzić, po której stronie spektrum chciał tej nocy znaleźć się młody Brygadzista. W czym najlepiej się odnajdował? W uległości, tak typowej dla młodszych, mniej doświadczonych jednostek, a może zaczepnej stanowczości, która podjudzała go do coraz śmielszych działań? Pośród skrajności znajdował się jednak punkt równowagi: układ, w którym jedno uzupełniałoby drugie, nadrabiając doświadczeniem brak wiedzy, a entuzjazmem rozpalając wychłodzone nerwy.
Czuł przebiegający po kręgosłupie dreszcz, chociaż nie wiedział, czy wywołał go przenikliwy chłód kolorowych płytek, jakimi wyłożona była podłoga pod jego plecami, czy też dotyk palców Anthony'ego bębniących o srebrną klamerkę jego paska. Mimowolnie naparł na jego rękę biodrami, jakby domagając się większej dawki bliskości, pokonania kolejnej granicy, nawet jeśli miało nią być brzdęknięcie metalowej klamry o biało-niebieskie kafelki. Na ślepo próbował chwycić dłoń Antoniusza i skierować we właściwe miejsce.
— Nie potrzebujesz... Nie potrzebujesz cza-aa-sem pomocy? — rzucił przyciszonym głosem, łapiąc gwałtownie oddech, a nutka rozbawienia w jego własnym głosie sprawiła, że i usta wygięły się w sarkastycznym uśmiechu skrytym w ciemnościach głównego pokoju.
Nie czekając na odpowiedź, sam postanowił, że mężczyźnie to z pozoru proste zadanie zajmowało zbyt długo, toteż postanowił go jeszcze trochę pomęczyć. Podniósł się nieco i chwycił Shafiqa w pasie, dając mu złudną nadzieję, że chce pomóc mu pozbyć się dolnej części odzienia. Zamiast tego zrzucił z siebie mężczyznę, przerzucając go na bok, nieco dalej od powalonej sofy, aby zaraz znaleźć się na nim. Przeciąganie tego preludium i kuszenie Anthony'ego zdawało się wchodzić Erikowi w nawyk.
Jego dłonie spoczęły na nielicznych guzikach koszuli starszego czarodzieja, które jeszcze na niej pozostały. Przez chwilę próbował rozpiąć je jeden po drugim, jednak rozedrgane dłonie nie były sobie w stanie z tym poradzić. Sięgnął po bardziej bezpośrednią metodą i kompletnie zerwał z Antoniusza górną część odzienia. Osunął się na ciało kompana, aby zacząć wytyczać na nim szlak pocałunków, który zaczął - umyślnie - od sprzączki paska, wytyczając drogę przez podbrzusze, brzuch aż zatrzymał się na splocie słonecznym, któremu poświęcił więcej uwagi.
A nawet jeśli faktycznie ktoś był, to czy Longbottom powinien czuć się winny, skoro wystarczyło kilka dni delegacji, aby przegnać tę osobę z myśli dyplomaty? Może dawał sygnały, może sugerował, ale Shafiq był niewiele lepszy. Jeśli ktoś miał okazać się rano winny temu zbliżeniu, to wina była obustronna. A może w ogóle jej nie było. Bo czy to, co teraz sobie nawzajem robili, faktycznie mogło być grzechem, gdy same pocałunki wystarczyły, aby wili się w spazmach, szukając bliskości w swoich ramionach?
Ciało Longbottoma wygięło się w łuk, czemu towarzyszył zduszony jęk z erikowego gardła, gdy Anthony coraz odważniej orał paznokciami jego klatkę piersiową, jakby chciał wyrwać włoski zarostu z piersi kochanka, przebić się przez kolejne warstwy jego skóry i mięsa, aby zatopić w końcu dłonie w jego sercu. Ścisnąć je. Wywrzeć nacisk. Pokazać kontrolę. Posiąść siłą to, co Longbottom był aż nader skory podarować mu własnoręcznie na srebrnej tacy. Gdyby miał jaśniejszy umysł, zastanawiałby się, czy miał to być pokaz władzy lub dominacja.
A może Shafiq nawet w ogniu pasji kąsającego ich ciała chciał przeprowadzić kolejny test. Sprawdzić, po której stronie spektrum chciał tej nocy znaleźć się młody Brygadzista. W czym najlepiej się odnajdował? W uległości, tak typowej dla młodszych, mniej doświadczonych jednostek, a może zaczepnej stanowczości, która podjudzała go do coraz śmielszych działań? Pośród skrajności znajdował się jednak punkt równowagi: układ, w którym jedno uzupełniałoby drugie, nadrabiając doświadczeniem brak wiedzy, a entuzjazmem rozpalając wychłodzone nerwy.
Czuł przebiegający po kręgosłupie dreszcz, chociaż nie wiedział, czy wywołał go przenikliwy chłód kolorowych płytek, jakimi wyłożona była podłoga pod jego plecami, czy też dotyk palców Anthony'ego bębniących o srebrną klamerkę jego paska. Mimowolnie naparł na jego rękę biodrami, jakby domagając się większej dawki bliskości, pokonania kolejnej granicy, nawet jeśli miało nią być brzdęknięcie metalowej klamry o biało-niebieskie kafelki. Na ślepo próbował chwycić dłoń Antoniusza i skierować we właściwe miejsce.
— Nie potrzebujesz... Nie potrzebujesz cza-aa-sem pomocy? — rzucił przyciszonym głosem, łapiąc gwałtownie oddech, a nutka rozbawienia w jego własnym głosie sprawiła, że i usta wygięły się w sarkastycznym uśmiechu skrytym w ciemnościach głównego pokoju.
Nie czekając na odpowiedź, sam postanowił, że mężczyźnie to z pozoru proste zadanie zajmowało zbyt długo, toteż postanowił go jeszcze trochę pomęczyć. Podniósł się nieco i chwycił Shafiqa w pasie, dając mu złudną nadzieję, że chce pomóc mu pozbyć się dolnej części odzienia. Zamiast tego zrzucił z siebie mężczyznę, przerzucając go na bok, nieco dalej od powalonej sofy, aby zaraz znaleźć się na nim. Przeciąganie tego preludium i kuszenie Anthony'ego zdawało się wchodzić Erikowi w nawyk.
Jego dłonie spoczęły na nielicznych guzikach koszuli starszego czarodzieja, które jeszcze na niej pozostały. Przez chwilę próbował rozpiąć je jeden po drugim, jednak rozedrgane dłonie nie były sobie w stanie z tym poradzić. Sięgnął po bardziej bezpośrednią metodą i kompletnie zerwał z Antoniusza górną część odzienia. Osunął się na ciało kompana, aby zacząć wytyczać na nim szlak pocałunków, który zaczął - umyślnie - od sprzączki paska, wytyczając drogę przez podbrzusze, brzuch aż zatrzymał się na splocie słonecznym, któremu poświęcił więcej uwagi.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞