Naprawdę? A ja uwielbiam, skomentował w myślach, okazując swoje samozadowolenie za pomocą szerokiego uśmiechu, gdy Brenna się z nim zgodziła. W ostatnich tygodniach, gdy wspólnie pracowali nad projektem pod tytułem „Bal Charytatywny”, musiał co chwilę chodzić na ustępstwa lub przystawać na propozycje siostry, po to, aby uniknąć zbyt dużej ilości obowiązków, z jakimi wiązałoby się wdrożenie w życie jego własnych planów. Tym bardziej usłyszenie takich pochlebstw sprawiało, że jego ego wyginało się z radości.
— Jesteś pewna? W Twoim przypadku to prawie jak asceza. — Spojrzał na nią podejrzliwie.
W przypadku kogokolwiek innego zapewne pochwaliłby taką postawę. W gruncie rzeczy była ona nawet godna do naśladowania, jeśli człowiek nie chciał się nagle zadłużyć lub doświadczyć ubytków w portfelu. Z drugiej jednak strony, znał zamiłowanie dziewczyny do zakupów dzieł kultury współczesnej, jak i słodyczy. Postanowienie było na swój sposób piękne, aczkolwiek wątpił, aby długo pozostawało w mocy. Mniej więcej do czasu, aż Nora postanowi nieco rozbudować ofertę cukierni w tym miesiącu, aby przyciągnąć nowych klientów.
— Na co dzień, staram się nie roztrzaskiwać niczyich marzeń. Oczywiście, że idzie z nami — odparł, jednak jego zgoda w najmniejszym stopniu nie wynikała z rozkazu siostry. To była jego własna, samodzielnie podjęta, decyzja.
Pogłaskał lekko psa po pysku, a oczy same mu się roześmiały. Ciekawiło go w sumie, jak będą na niego reagować psy, gdy już zadomowią się w domu. Bądź co bądź, przez klątwę wilkołactwa mógł być im nieco bliższy, niż większość ludzi. Wiedział, że Salem niezbyt za nim przepadał, więc może w tym przypadku spotka go miła niespodzianka? Wysłuchał słów pracownika, przesuwając wzrok to na niego, to na własną siostrę, a koniec końców na psa. Cóż, jeśli sama aparycja zwierzaka ich w pełni nie przekonała do tego, aby go adoptować, to historia, nawet jeśli skrócona do trzech zdań, przypieczętowała umowę.
— To raczej nie będzie potrzebne — skomentował, woląc uprzedzić mężczyznę, że Brenna nie zajmie boksa na najbliższy tydzień. Coś mu podpowiadało, że wystarczyłoby go zostawić ich razem na pięć minut, aby paplanina pani detektyw sprawiłaby, że z miejsca otrzymałaby wszystkie dokumenty potwierdzające adopcję, bez żadnych zbędnych pytań. Niedługo później kontynuował: — Choroby zawsze można wyleczyć, a przy dobrej karmie raczej uda nam się go doprowadzić do porządku.
To zdecydowanie powinien być ich priorytet. Pytanie, czy najpierw powinni się odezwać do magizoologa, czy mugolskiego weterynarza. W gruncie rzeczy obie opcje miały swoje korzyści, chociaż znalezienie dobrego lekarza poza magicznym Londynem byłoby zapewne dla nich wyzwaniem. Specyfiki czarodziejów raczej z zasady powinny działać szybciej niż ich niemagiczne odpowiedniki, więc okres leczenia mógłby zostać drastycznie skrócony. A na tym chyba im zależało, czyż nie? Dzięki temu będą mogli skupić się na procesie zaadaptowania podopiecznych do nowego środowiska.
— Tak sobie myślę, że zrobiliśmy całkiem dobry uczynek — stwierdził, rozglądając się po kolejnych boksach. — Myślisz, że te dwa, to wystarczająco jak na nasze waru — Zamrugał, gdyż miał wrażenie, że coś poruszyło się w jednym z pustych boksów w ciemnym kącie, jednak nie był w stanie określić coś. Przechylił lekko czubek głowy w bok w charakterystycznym dla siebie geście i wytężył wzrok. — O cholera. Aż się przestraszyłem.
Wymsknęło mu się, gdy zdał sobie sprawę, że w cieniu czaił się sporych rozmiarów pies, który był dosłownie czarny, jak noc i tylko błyszczące oczy świadczyły o tym, że nie stanowił jedności z ciemnością wokół niego. Cóż, ten to dopiero potrafił się chować.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞