Jednego czego nie przewidział Richard, to że decydując się na powrót do Londynu, zmotywował do tego samego swoich chłopców. Obaj skorzystali z tego, aby przeprowadzić się także do rodzinnego miasta swojego ojca. Na szczęście, rodzinna kamienica posiadała tyle pokoi, że cudem starczyło miejsca dla wszystkich lokatorów. Zaklęciami można byłoby ją jakoś powiększać, ale po co?
Im więcej osób decydowało się wrócić i przeprowadzić tutaj, tym mniej Robert wychodził ze swojego gabinetu. Zauważył to Richard. O tyle dobrze, że ich dzieciaki były dorosłe, to umiały zająć się sobą. Nikt nie biegał po korytarzach, nie trzeba było pod tym względem ich pilnować.
Noc była w miarę znośna i tylko dzięki zapalonemu kadzidełku zasnął bez problemów. Wstał wcześnie rano. Na tyle, aby mieć czas żeby się ogarnąć. Odświeżyć, ogolić. Choć najchętniej by pozwolił sobie zapuścić zarost. Ubrał na siebie niebieską koszulę polo z krótkim rękawem i kołnierzem, rozpiętą pod szyją i ciemne spodnie. Poprawił fryzurę, ogarnął trochę łóżko i opuścił pokój, kierując się na dół, do jadalni.
Punktualność na wspólnych posiłkach w tej kamiennicy, była rodzinnym rytuałem. Jeszcze za czasów jego ojca. Kontynuowana przez brata. Richard u siebie w domu, w Oslo, nie wprowadzał tak radykalnej zasady na co dzień. Wyjątek mogły stanowić dni wolne od pracy. Jeżeli takie u niego się zdarzały. Funkcja brygadzisty jak i później aurora, nie posiadała stałego harmonogramu godzin pracy. Miał zmienny.
Zjawiając się tutaj na określony czas, czy jak obecnie, decydując zamieszkać na dłużej, niejednokrotnie brat o takich zasadach musiał mu przypominać.
Zszedł do jadalni, spojrzawszy na zegarek, który wskazywał parę minut przed ósmą. Zastał na miejscu w pomieszczeniu dwie osoby. Syna i Lorien.
- Dzień dobry.Przywitał się z nimi. Z początku nie zarejestrowawszy, że tutaj jest osoba, która być nie powinna. Jego wzrok może z automatu powędrował na szczytowe miejsce, gdzie powinien siedzieć jego brat. Ale, Roberta nie było.
Richard zmarszczył brwi, oparł dłonie o biodra i zaczął myśleć. Spojrzał na Charlesa, po czym na Lorien i puste krzesło Roberta. Zaraz jednak powrócił wzrokiem na szwagierkę. Jakby dopiero zarejestrował obecność osoby, której nie podejrzewał o obecność.
- Lorien?”Ona tutaj? Popierdoliło Roberta?” – zaczął się zastanawiać w myślach. Robert nic mu nie wspomniał, kiedy zamierza ją sprowadzić do tutejszej posiadłości. Bez uprzedzenia. Bez ustaleń. W tej sytuacji nie ukrywał swojego nieznacznego zdziwienia. Zapytałby o to, kiedy Robert ją tutaj sprowadził. Dzisiaj czy wczorajszej nocy. Ale nie chciał tego tematu na razie poruszać przy synu.