Szybko zerknęła na to, w jaki sposób Aidan gasi papierosa, ale nic na ten temat nie powiedziała, zero komentarza, że śmieci czy coś w tym rodzaju. Za to złapana w ramiona i mocno przytulona nie zaprotestowała. Nie było też żadnego stękania czy jęczenia, że śmierdzi, albo że mógłby przestać palić. Prawdę mówiąc to Victoria sama czasami popalała… a był to nieodzowny wpływ pewnego wampira, który trząsł Nokturnem. Lubiła ten zapach, dobrze jej się kojarzył. Więc czy jebał petami jak najgorszy menel? Cóż… kwestia dyskusyjna.
– Czemu? Bo nie jesteś w szacie wyjściowej? – zaczepiła go lekko, prosto w jego ucho, kiedy przytulali się na powitanie, jakby nie widzieli się od bardzo dawna. Właśnie, czy można to było nazwać życiem… W zasadzie to tak. Jedyne co się zmieniło, to zimno – zimno przyćmiewające jej własną życiodajną energię. Czy wyrwałaby mu język? Bardzo wątpliwe. Victoria nie słynęła z gwałtowności, wręcz jej koledzy z pracy przywykli już do tego, że to trzeba na spokojnie, zastanowić się, nic na szybko – trochę jak Alastor Moody. Kiedy Victoria zaczynała się ruszać szybko, to wtedy dobitnie znaczyło, że jest już gorąco. – Bo to jest uszyte przez Rosiera – powiedziała to ze śmiertelną powagą, ale osoby, które znały ją lepiej i bliżej dużo łatwiej wyłapywały, kiedy sobie żartowała i nie była wcale taka poważna. To był jeden z tych momentów, ale poza tym – taka była prawda. Większość jej garderoby pochodziła z Domu Mody Rosier, w większości od Christophera, z którym znała się prywatnie i który wiele jej ubrań szył na zamówienie. Cóż… Jej pierwszy narzeczony też nosił na nazwisko Rosier, nic więc dziwnego, że tyle ciuchów od nich miała. A że wydawała się zimna, nieprzystępna, sztywna, czy zbyt idealna… Cóż. Ci, co znali ją bliżej, rzeczywiście wiedzieli, że to tylko fasada.
Parsknęła i faktycznie się okręciła, na środku tej ulicy – pewnie wyglądali jak jakaś para gołąbków, a nie rodzina, ale nic sobie z tego nie robiła.
– Kto pierwszy ten lepszy, Adi – może i powinna to być jego kwestia, ale nawet tego nie oczekiwała. Ot, powiedziała, co jej przyszło na myśl i oto byli, przekomarzając się jak brat z siostrą, którymi nie byli. – Czemu niby do dupy? A zresztą. U mnie też jest do dupy, to pasujemy do siebie idealnie – niby zażartowała, ale było w tym coś gorzkiego, gdzieś na dnie tej wypowiedzi. – Nie masz zapasu? Tsk-tsk, ależ nieodpowiedzialnie – palnęła znowu z kamienną twarzą, ale prawda była taka, że tylko się z kuzynem droczyła.
– To jakiś klub dla wampirów albo dla ghuli? – odbiła piłeczkę, nie mając zamiaru dać się złapać jak rybka na wędkę. – Nie wiedziałam, że masz takie preferencje – i aż wystawiła do niego język, chociaż doskonale wiedziała, że pił do jej trupiego zimna. Nasłuchała się o tym w namiocie, w którym się obudziła po całej akcji – Zimni jak Trupy.