22.12.2022, 03:27 ✶
Cóż, Victoria, mimo wszystko, pomimo swojego oślego uporu, wcale nie chciała tworzyć tutaj aż tak nieprzyjemnej atmosfery. Skoro już się wystroiła i wyszła z domu, to mogli ze sobą porozmawiać, prawda? Z cywilizowaną rozmową może i był tutaj pewien zgrzyt, ale mimo wszystko… no po co to sobie utrudniać bardziej, niż już było to skomplikowane. I tak najpewniej pokomplikuje się jeszcze bardziej. A tak… Mogli przecież spędzić razem względnie spokojny wieczór, bez wybuchów, krzyków i rzucania szklankami, prawda? Ale to się dopiero okaże.
Victoria spojrzała na niego krytycznie. Czego już na pewno by nie zniosła, pomijając już te papierosy i mocny alkohol, to tego, jeśli Sauriel był brudasem i niechlujem. Póki co jednak widziała go tylko w garniturach, więc wszystko zdawało się być w porządku przynajmniej na ten moment i w kwestii higieny i bycia schludnym. To byłaby więc chyba najgorsza wada. Jednak tę fascynującą wymianę zdań przerwał kelner – i całe szczęście. Viki rozsiadła się minimalnie wygodniej, sięgnęła po lampkę wina i zapatrzyła się na resztę lokalu. Nie promieniała szczęściem i radością, że spędza czas z narzeczonym. Cholera, praktycznie się nie znali, tu nie było iskier, zakochania ani nawet pożądania. Ot po prostu dwójka ludzi wsadzona w domek dla lalek wbrew ich woli i: bawcie się w dom.
- Noo… tak – przytknęła i uniosła wyżej jedną brew. - Nie wiem czy wiesz, ale miałam już jednego narzeczonego. Wtedy też nikt mnie nie zapytał o zdanie. To myślisz, że teraz robi mi to jakąkolwiek różnicę? Jakbym się postawiła to w najlepszym przypadku za niedługo znowu by mi kogoś wcisnęli, zakładając oczywiście, że nie popadłabym w niełaskę – a to było wielce możliwe akurat, że jak to tak się sprzeciwiać, a skoro tak, to proszę bardzo, żyj sobie po swojemu: bez nas. To znaczy nadal miałaby swoją pracę… ale standard życia drastycznie by się zmienił. O sto osiemdziesiąt stopni. I wcale nie było jasne, że nie utrudnialiby jej życia, by zrozumiała, że tylko z nimi i na ich zasadach może w ogóle funkcjonować. Jedno się za to zgadzało: nie lubiła takich typów jak on. A przynajmniej takich jak on na pierwszy rzut oka, tyle, że nie zachęcał jej do poznawania.
- Nie wiem jakie tam macie między sobą relacje. Skoro taką masz minę jak rodzina ci sika na buty, to nie chcę wiedzieć co dalej – stwierdziła po prostu, ale no puenta pozostawała ta sama: wyglądał na cholernie niezadowolonego, więc czemu sam się nie postawił? Skoro ona nie dostała nawet czasu by to przetrawić nijak przed wizytą u Rookwoodów. Może teraz do Sauriela docierało, że nie była podekscytowana, a po prostu była w szoku? I że dlatego tak trudno jej się było wtedy wysłowić, bo po prostu… zabrakło jej słów? Bo została oszukana jakimś nic nie znaczącym spotkaniem towarzyskim, a jak już była gotowa do wyjścia i mieli się aportować, to powiedzieli jej, że połączą ich ród z Rookwoodami i że właśnie pozna swojego nowego narzeczonego? Przecież to brzmiało jak nieśmieszny żart. A najgorsze było to, że faktycznie – ani to śmieszne, ani żart. Tylko sama prawda.
Zajęła się swoim winem, kilka razy zakołysała kieliszkiem, żeby lepiej poczuć jego zapach i dopiero po chwili zauważyła pełne skupienia spojrzenie czarnych oczu wbite prosto w nią.
- Co? Mam coś na twarzy? – nie rozumiała czemu się teraz tak na nią gapił. Ani czemu sobie krawat poluzował – nie było tu przecież gorąco. - Jak sobie chcesz. Nie jestem mistrzem transmutacji – wzruszyła ramionami jak gdyby nigdy nic.
Victoria spojrzała na niego krytycznie. Czego już na pewno by nie zniosła, pomijając już te papierosy i mocny alkohol, to tego, jeśli Sauriel był brudasem i niechlujem. Póki co jednak widziała go tylko w garniturach, więc wszystko zdawało się być w porządku przynajmniej na ten moment i w kwestii higieny i bycia schludnym. To byłaby więc chyba najgorsza wada. Jednak tę fascynującą wymianę zdań przerwał kelner – i całe szczęście. Viki rozsiadła się minimalnie wygodniej, sięgnęła po lampkę wina i zapatrzyła się na resztę lokalu. Nie promieniała szczęściem i radością, że spędza czas z narzeczonym. Cholera, praktycznie się nie znali, tu nie było iskier, zakochania ani nawet pożądania. Ot po prostu dwójka ludzi wsadzona w domek dla lalek wbrew ich woli i: bawcie się w dom.
- Noo… tak – przytknęła i uniosła wyżej jedną brew. - Nie wiem czy wiesz, ale miałam już jednego narzeczonego. Wtedy też nikt mnie nie zapytał o zdanie. To myślisz, że teraz robi mi to jakąkolwiek różnicę? Jakbym się postawiła to w najlepszym przypadku za niedługo znowu by mi kogoś wcisnęli, zakładając oczywiście, że nie popadłabym w niełaskę – a to było wielce możliwe akurat, że jak to tak się sprzeciwiać, a skoro tak, to proszę bardzo, żyj sobie po swojemu: bez nas. To znaczy nadal miałaby swoją pracę… ale standard życia drastycznie by się zmienił. O sto osiemdziesiąt stopni. I wcale nie było jasne, że nie utrudnialiby jej życia, by zrozumiała, że tylko z nimi i na ich zasadach może w ogóle funkcjonować. Jedno się za to zgadzało: nie lubiła takich typów jak on. A przynajmniej takich jak on na pierwszy rzut oka, tyle, że nie zachęcał jej do poznawania.
- Nie wiem jakie tam macie między sobą relacje. Skoro taką masz minę jak rodzina ci sika na buty, to nie chcę wiedzieć co dalej – stwierdziła po prostu, ale no puenta pozostawała ta sama: wyglądał na cholernie niezadowolonego, więc czemu sam się nie postawił? Skoro ona nie dostała nawet czasu by to przetrawić nijak przed wizytą u Rookwoodów. Może teraz do Sauriela docierało, że nie była podekscytowana, a po prostu była w szoku? I że dlatego tak trudno jej się było wtedy wysłowić, bo po prostu… zabrakło jej słów? Bo została oszukana jakimś nic nie znaczącym spotkaniem towarzyskim, a jak już była gotowa do wyjścia i mieli się aportować, to powiedzieli jej, że połączą ich ród z Rookwoodami i że właśnie pozna swojego nowego narzeczonego? Przecież to brzmiało jak nieśmieszny żart. A najgorsze było to, że faktycznie – ani to śmieszne, ani żart. Tylko sama prawda.
Zajęła się swoim winem, kilka razy zakołysała kieliszkiem, żeby lepiej poczuć jego zapach i dopiero po chwili zauważyła pełne skupienia spojrzenie czarnych oczu wbite prosto w nią.
- Co? Mam coś na twarzy? – nie rozumiała czemu się teraz tak na nią gapił. Ani czemu sobie krawat poluzował – nie było tu przecież gorąco. - Jak sobie chcesz. Nie jestem mistrzem transmutacji – wzruszyła ramionami jak gdyby nigdy nic.