22.12.2022, 11:13 ✶
- Tak, widziałam, formularz. Niestety odczytanie tego fragmentu przerosło moje możliwości - poinformowała Florence, dłonią w rękawiczce bezceremonialnie chwytając Castiela za podbródek i lekkim naciskiem zmusiła go do ustawienia głowy tak, by mogła lepiej przyjrzeć się policzkowi. Dwie godziny: czas, który sprawił, że zaklęcia już nie będzie tak łatwo "wyciągnąć", ale też nie powinno poczynić jakichś trwałych spustoszeń. Utrzymał się też na wierzchniej warstwie skóry, a sama plama na szczęście nie sięgnęła nosa ani szyi, co wygenerowałoby prawdziwe problemy. Bulstrode wyciągnęła z głębokiej kieszeni szaty różdżkę, wyszeptała pod nosem jakieś zaklęcie i przesunęła różdżką nad twarzą Castiela. Potem za pomocą kolejnego czaru zmierzyła temperaturę pacjenta. Tak, jak sądziła, była podwyższona. Trzydzieści osiem. Efekt uboczny walki organizmu z "magicznym pasożytem."
- Ma pan szczęście, panie Flint, że czar nie objął dróg oddechowych, bo już mielibyśmy pana na ostrym dyżurze - stwierdziła, puszczając go wreszcie. Zmierzyła mężczyznę spojrzeniem, jakim surowa nauczycielka mogłaby obdarzyć ucznia, który właśnie bardzo źle napisał kartkówkę. Sama była klątwołamaczką. W Mungu ktoś taki był potrzebny, zwłaszcza na jej oddziale.
Dlatego absolutnie, ale to absolutnie nie rozumiała, jak to się stało, że Castiel nie tylko spartaczył zaklęcie, co mogło się zdarzyć każdemu – o wstydzie, jej także nie za każdym razem wychodziło - ale przede wszystkim: dlaczego zlekceważył kompletnie zasady BHPiM - zasady bezpieczeństwa i higieny pracy i magii.
- Wnioskuję, że jest pan klątwołamaczem, panie Flint. Nie nauczono pana stawiania zaklęcia ochronnego wokół przedmiotu w każdym przypadku łamania tego typu klątwy? Nawet jeżeli taka sytuacja występuje w trzech procent przypadków, to oznacza, że spotyka trzy osoby na sto - powiedziała oschłym tonem, przy ostatnich słowach już się odwracając, aby podejść do regału. Otworzyła górne drzwiczki, ujawniając rządek metodycznie poustawianych eliksirów oraz pudełeczek z maściami. Większość specyfików trzymano oczywiście w składziku, ale pewne podstawowe, najczęściej wykorzystywane w pracy, po jednej - dwóch fiolkach miała także w gabinecie, my skrócić czas leczenia.
- Uczulenia? Problemy z nadciśnieniem albo płucami? - spytała, wybierając jedną z fiolek oraz z maści. Z tej pierwszej, za pomocą łyżeczki, starannie odmierzyła trzy krople. Poczekała na odpowiedź, nim podała eliksir Flintowi. Jego stosowanie nie było wskazane u osób z dużym ciśnieniem, a już absolutnie wykluczone, gdyby Castiel był uczulony na jeden ze składników.
– Zaklęcie jest zbyt rozprzestrzenione, aby je po prostu przełamać. Muszę wyciągnąć substancję magią, a później jej pozostałości wypalimy za pomocą maści. To mikstura przeciwbólowa - wyjaśniła. Zdawała sobie sprawę z tego, że Castiel cierpiał teraz katusze. A usuwanie mazi nie miało być ani szybkie, ani bezbolesne, więc nawet jeżeli uważała, że by sobie sam winien, wolała go choć trochę znieczulić. Tak, żeby nie uciekał jej spod różdżki.
- Ma pan szczęście, panie Flint, że czar nie objął dróg oddechowych, bo już mielibyśmy pana na ostrym dyżurze - stwierdziła, puszczając go wreszcie. Zmierzyła mężczyznę spojrzeniem, jakim surowa nauczycielka mogłaby obdarzyć ucznia, który właśnie bardzo źle napisał kartkówkę. Sama była klątwołamaczką. W Mungu ktoś taki był potrzebny, zwłaszcza na jej oddziale.
Dlatego absolutnie, ale to absolutnie nie rozumiała, jak to się stało, że Castiel nie tylko spartaczył zaklęcie, co mogło się zdarzyć każdemu – o wstydzie, jej także nie za każdym razem wychodziło - ale przede wszystkim: dlaczego zlekceważył kompletnie zasady BHPiM - zasady bezpieczeństwa i higieny pracy i magii.
- Wnioskuję, że jest pan klątwołamaczem, panie Flint. Nie nauczono pana stawiania zaklęcia ochronnego wokół przedmiotu w każdym przypadku łamania tego typu klątwy? Nawet jeżeli taka sytuacja występuje w trzech procent przypadków, to oznacza, że spotyka trzy osoby na sto - powiedziała oschłym tonem, przy ostatnich słowach już się odwracając, aby podejść do regału. Otworzyła górne drzwiczki, ujawniając rządek metodycznie poustawianych eliksirów oraz pudełeczek z maściami. Większość specyfików trzymano oczywiście w składziku, ale pewne podstawowe, najczęściej wykorzystywane w pracy, po jednej - dwóch fiolkach miała także w gabinecie, my skrócić czas leczenia.
- Uczulenia? Problemy z nadciśnieniem albo płucami? - spytała, wybierając jedną z fiolek oraz z maści. Z tej pierwszej, za pomocą łyżeczki, starannie odmierzyła trzy krople. Poczekała na odpowiedź, nim podała eliksir Flintowi. Jego stosowanie nie było wskazane u osób z dużym ciśnieniem, a już absolutnie wykluczone, gdyby Castiel był uczulony na jeden ze składników.
– Zaklęcie jest zbyt rozprzestrzenione, aby je po prostu przełamać. Muszę wyciągnąć substancję magią, a później jej pozostałości wypalimy za pomocą maści. To mikstura przeciwbólowa - wyjaśniła. Zdawała sobie sprawę z tego, że Castiel cierpiał teraz katusze. A usuwanie mazi nie miało być ani szybkie, ani bezbolesne, więc nawet jeżeli uważała, że by sobie sam winien, wolała go choć trochę znieczulić. Tak, żeby nie uciekał jej spod różdżki.