07.05.2024, 20:24 ✶
Synu.
Zasłyszane słowo ugrzęzło Lorien w pamięci i wracało od razu, gdy tylko czarownica próbowała je zepchnął na dalszy plan. Z jednej strony czuła, że powinna o tym porozmawiać z Robertem przy najbliższej sprzyjającej okazji, ale z drugiej… instynktownie odrzucała ten pomysł. Nie pasował jej. Nie chciała tego robić. Wizja rozmowy na ten temat wzbudzała w kobiecie równie pozytywne uczucia co wizja spaceru nocną porą uliczkami Nokturnu bez różdżki. Nie była tylko w stanie zrozumieć dlaczego. I skąd w ogóle wzięło się to dziwaczne uczucie irracjonalnego lęku tkwiące w jej głowie jak drzazga.
Z zamyślenia wyrwał ją czyjś radosny głos.
Zadarła głowę do góry by przyjrzeć się swojemu niespodziewanemu towarzystwu.
Ach. Znała go! Jeden z chłopców Richarda. Chyba ten młodszy. Zlustrowała chłopaka uważnym spojrzeniem. Miała jego imię na końcu języka, ale uznała, że w tym momencie nie będzie się zadręczać jego odgadywaniem. Dlatego zrobiła dobrą minę do złej gry.
Ciocia Lorien. Rozczulające.
- Ach, caro mio. Dzień dobry.- Uśmiechnęła się, nie dość skutecznie tuszując fakt, że jego wizyta była dla niej wyjątkowym zaskoczeniem. A może właśnie o to kobiecie chodziło; odwrócić uwagę od siebie na tyle na ile to możliwe. Wydawać się zaskoczoną, ale zachwyconą najazdem rodziny męża
Czy dobrze się czuła? Nie, bo miała wrócić do domu, nie do motelu.
- Czuję się wspaniale.- Odparła lekko, ale tematu nie drążyła. Podobnie zresztą jak nie pokwapiła się o odpowiedzenie mu na drugie pytanie. Nie miała nic konkretnego do roboty jeszcze przez kilka najbliższych dni.
Zamiast tego podeszła o krok bliżej i przygładziła nieco rozczochraną fryzurę Charlesa. Lepiej żeby ona to zrobiła niż doczekał się krzywych spojrzeń ze szczytu stołu.
Brakowało tylko, żeby jak przystało na ciocię z prawdziwego zdarzenia uszczypnęła go lekko w policzek i wcisnęła po kryjomu kilka galeonów z tekstem w stylu „tylko ojcu nie mów”.
Zamiast tego odsunęła się natychmiast, odwracając głowę słysząc znajomy głos Rob… Nie.
Jednak stanął przy nich Richard. Skinęła na przywitanie głową, po czym weszła głębiej do jadalni, kierując się w stronę swojego miejsca. To, że szanowny pan Robert Mulciber nie zaszczycił ich jeszcze swoją obecnością nie znaczyło, że Lorien planowała sterczeć jak kołek w drzwiach. Pozostali mogli robić co im się żywnie podoba. Usiadła przy stole, przekrzywiając głowę, żeby przeczytać co tam ciekawego trafiło na pierwszą stronę Proroka, choć gazety nie ruszyła.
Słysząc swoje imię wypowiedziane z tym nieskrywanym zaskoczeniem, zamrugała parokrotnie.
- Słucham?- Odpowiedziała, unosząc wyczekująco brwi. Nie chciała wyznaczać kierunku tej rozmowy. O ile zduszenie emocji po tak spokojnej i przespanej nocy było dużo prostsze, wciąż czuła się dość otępiała ostatnimi miesiącami. Wzrok mimowolnie uciekł jej ponad ramię szwagra, gdy na progu dostrzegła sylwetkę jego drugiego syna.
Teraz już była pewna.
Do jadalni wszedł starszy z braci - Leonard. Z jakiegoś powodu imię pierworodnego przypomniała sobie od razu. Czyli tamten musiał być młodszy – Ch… Christopher? Chandler? Charles! No oczywiście. Więcej ich tu Matka nie miała? Skrzata też ze sobą zabrali? Może psa?
- Dzień dobry, Leo.- Odpowiedziała z tym samym serdecznym, słodkim uśmiechem. Po czym przeniosła spojrzenie z powrotem na Richarda, nieco mniej skutecznie tuszując lekkie podirytowanie.- Cóż za niespodzianka! Nie spodziewałam się, że przywieziesz chłopców!
Przypudrowany może nieco zbyt podekscytowanym, biorąc pod uwagę godzinę i okoliczności, tonem głosu przekaz był bardzo prosty – „po co ich tu przywiozłeś?”
Zasłyszane słowo ugrzęzło Lorien w pamięci i wracało od razu, gdy tylko czarownica próbowała je zepchnął na dalszy plan. Z jednej strony czuła, że powinna o tym porozmawiać z Robertem przy najbliższej sprzyjającej okazji, ale z drugiej… instynktownie odrzucała ten pomysł. Nie pasował jej. Nie chciała tego robić. Wizja rozmowy na ten temat wzbudzała w kobiecie równie pozytywne uczucia co wizja spaceru nocną porą uliczkami Nokturnu bez różdżki. Nie była tylko w stanie zrozumieć dlaczego. I skąd w ogóle wzięło się to dziwaczne uczucie irracjonalnego lęku tkwiące w jej głowie jak drzazga.
Z zamyślenia wyrwał ją czyjś radosny głos.
Zadarła głowę do góry by przyjrzeć się swojemu niespodziewanemu towarzystwu.
Ach. Znała go! Jeden z chłopców Richarda. Chyba ten młodszy. Zlustrowała chłopaka uważnym spojrzeniem. Miała jego imię na końcu języka, ale uznała, że w tym momencie nie będzie się zadręczać jego odgadywaniem. Dlatego zrobiła dobrą minę do złej gry.
Ciocia Lorien. Rozczulające.
- Ach, caro mio. Dzień dobry.- Uśmiechnęła się, nie dość skutecznie tuszując fakt, że jego wizyta była dla niej wyjątkowym zaskoczeniem. A może właśnie o to kobiecie chodziło; odwrócić uwagę od siebie na tyle na ile to możliwe. Wydawać się zaskoczoną, ale zachwyconą najazdem rodziny męża
Czy dobrze się czuła? Nie, bo miała wrócić do domu, nie do motelu.
- Czuję się wspaniale.- Odparła lekko, ale tematu nie drążyła. Podobnie zresztą jak nie pokwapiła się o odpowiedzenie mu na drugie pytanie. Nie miała nic konkretnego do roboty jeszcze przez kilka najbliższych dni.
Zamiast tego podeszła o krok bliżej i przygładziła nieco rozczochraną fryzurę Charlesa. Lepiej żeby ona to zrobiła niż doczekał się krzywych spojrzeń ze szczytu stołu.
Brakowało tylko, żeby jak przystało na ciocię z prawdziwego zdarzenia uszczypnęła go lekko w policzek i wcisnęła po kryjomu kilka galeonów z tekstem w stylu „tylko ojcu nie mów”.
Zamiast tego odsunęła się natychmiast, odwracając głowę słysząc znajomy głos Rob… Nie.
Jednak stanął przy nich Richard. Skinęła na przywitanie głową, po czym weszła głębiej do jadalni, kierując się w stronę swojego miejsca. To, że szanowny pan Robert Mulciber nie zaszczycił ich jeszcze swoją obecnością nie znaczyło, że Lorien planowała sterczeć jak kołek w drzwiach. Pozostali mogli robić co im się żywnie podoba. Usiadła przy stole, przekrzywiając głowę, żeby przeczytać co tam ciekawego trafiło na pierwszą stronę Proroka, choć gazety nie ruszyła.
Słysząc swoje imię wypowiedziane z tym nieskrywanym zaskoczeniem, zamrugała parokrotnie.
- Słucham?- Odpowiedziała, unosząc wyczekująco brwi. Nie chciała wyznaczać kierunku tej rozmowy. O ile zduszenie emocji po tak spokojnej i przespanej nocy było dużo prostsze, wciąż czuła się dość otępiała ostatnimi miesiącami. Wzrok mimowolnie uciekł jej ponad ramię szwagra, gdy na progu dostrzegła sylwetkę jego drugiego syna.
Teraz już była pewna.
Do jadalni wszedł starszy z braci - Leonard. Z jakiegoś powodu imię pierworodnego przypomniała sobie od razu. Czyli tamten musiał być młodszy – Ch… Christopher? Chandler? Charles! No oczywiście. Więcej ich tu Matka nie miała? Skrzata też ze sobą zabrali? Może psa?
- Dzień dobry, Leo.- Odpowiedziała z tym samym serdecznym, słodkim uśmiechem. Po czym przeniosła spojrzenie z powrotem na Richarda, nieco mniej skutecznie tuszując lekkie podirytowanie.- Cóż za niespodzianka! Nie spodziewałam się, że przywieziesz chłopców!
Przypudrowany może nieco zbyt podekscytowanym, biorąc pod uwagę godzinę i okoliczności, tonem głosu przekaz był bardzo prosty – „po co ich tu przywiozłeś?”