— Zwykle profeci to bardziej przeklęty niż obdarowany rodzaj człowieka. Przepowiednie chcą być słyszane w ten czy inny sposób i nie jest to przyjemne dla wieszcza. Ból, krwawienie, wymioty pojawiają się bardzo często, zwłaszcza przy drastycznych wizjach — mówił o tym tak spokojnie, dopalając papierosa, jakby opowiadał o nowej rabatce z różami szwagierki. — Bogowie upewnią się, że ich wiadomość została przekazana. Przykro mi z powodu twojej przyjaciółki.
Nie brzmiał jak ktoś, kto się naigrywa z tego czy mówi to nieszczerze albo na odczepne. Byli tacy, jak Vakel Dolohov, słynny celebryta magiczny, który zrobił z jasnowidzenia swój czarujący interes i wybił się na nim pośród sobie podobnych. Teraz po jego książki ustawiały się kolejki, a ceny konsultacji odsiewały przeciętnych czarodziejów, pozostawiając jedynie bogaczy. Wątpliwe, aby kiedykolwiek podważał słuszność i korzyść ze swojego daru. Wielu zresztą podzielało tę opinię. Morpheus zadawał się inny pod tym względem, bardziej melancholijny, nieco zgorzkniały, jakby razem z przedwczesną siwizną, przybyły też troski.
Wyrzucił filtr spalonego papierosa do rynsztoka.
Morpheus nie odpowiedział, pchnął drzwi i wszedł do niezbyt zaludnionego pubu. Podszedł do baru, zapytał Isaaca, co pije, samemu zamówił sobie piwo oraz to, co powiedział mu stażysta Shafiq'a. Albo asystent. Pewnie to drugie. Zapłacił za ich obu, odebrał napoje i usiadł w boksie.
— Nie wiem, czy jest to adekwatne pytanie dla kogoś, kto stracił brata podczas ataku osób bez kręgosłupa moralnego z problemami... — z erekcją, które muszą przed kimś klękać i być pogłaskanymi po główkach — ze sobą podczas Beltane, którego ciało zostało pożarte przez dziwne widma. Oczywiście, że coś mnie trapi. Wielu... cosiów.