22.12.2022, 14:57 ✶
- Przejrzałeś mnie. Poczułam wewnętrzną potrzebę odrzucenia wszelkich ziemskich uciech i zostania pustelniczką. Chęć zamieszkania w schronisku to pierwszy krok – poinformowała Erika niemalże radosnym tonem.
Nie, nie mówiła poważnie.
W „koniec z książkami” i „koniec z pączkami” już jednak była całkiem szczera. To znaczy w tym miesiącu, oczywiście. I tak nie zdążyła dokończyć jednej z książek, którą kupiła z Mavelle, poza tym zawsze mogła wpaść do biblioteki Parkinsonów albo pożyczyć coś od jednego ze znajomych. Jeżeli szło o pączki… to już było poświęcenie, ale Brenna była na nie gotowa. W teorii tak naprawdę było ją stać na zakup tych kocyków i tak dalej, Brenna jednak nie pochodziła do pieniędzy aż tak beztrosko, jak niektórzy jej majętni znajomi. (Choć na pewno dużo bardziej niż ci, którzy pieniędzy nie mieli.)
- Oj, Erik, skarbie, myślę, że wielokrotnie roztrzaskałeś marzenia wielu dziewczyn, które próbowały z tobą flirtować, a ty nawet tego nie zauważyłeś. Ale niszczenie marzeń tego pieska byłoby już zbyt okrutne – roześmiała się, za nic mając dziwną minę, jaką zrobił pracownik, przysłuchując się rodzeństwu Longbottomów. Starał się nie komentować. Może dlatego, że chyba już do niego dotarło, że ta dwójka faktycznie zabierze stąd przynajmniej dwa psy i bez protestów zapłacą wymaganą kwotę, więc nie było co ich odstraszać.
Nawet jeżeli wydawali się trochę dziwaczni.
– Eee… tak. Bo nie wolno. To znaczy nie wolno mieszkać w schronisku.
– To w takim wypadku niech pan szybciutko przygotuje wszystkie papiery adopcyjne dla tych dwóch psiaków – poprosiła Brenna. Na wszelki wypadek nie dawała już ani kroku dalej. Obawiała się, że jedno spojrzenie w kolejne, psie oczy i naprawdę wyjdą stąd z całym stadem psów. W duchu zaś już robiła przegląd harmonogramu na najbliższe dni. Gdzie by wpisać do niego te dodatkowe punkty programu? Mugolski weterynarz, magizoolog, przywiezienie tu karmy i kocyków, a także drobna zmiana w testamencie, trzeba jasno zapisać, kto w razie czego ma zająć się psami i jaka suma zostanie przeznaczona z jej majątku na ich utrzymanie…
Tak. Branie zwierzaka to była odpowiedzialność.
Obejrzała się nieco gwałtownie, kiedy Erik zaklął. Okazało się jednak, że był to tylko pies. Jakiś nieśmiały. Albo mało chętny ludziom.
Brenna przekrzywiła głowę, obserwując go.
– Wygląda jak ponurak – mruknęła bardzo cicho. – – Czy jego też życzysz sobie adoptować? Miałeś udzielać ostrzeżenia po dwóch – przypomniała, obserwując psa. Był wielki. Wyglądał groźnie. I pewnie też nie miał za wielkich szans na adopcję.
Z drugiej strony jeżeli nie tylko wyglądał groźnie… właśnie wybrali dwa inne psy. Nie mogli ryzykować, że się pogryzą. I zdecydowanie miała rację, nie chcąc iść dalej, wzdłuż boksów. To skończyłoby się otwarciem Schroniska Imienia Longbottomów.
Albo wydziedziczeniem. Przynajmniej jednym. Może dwoma.
– Czy jest agresywny? Wobec ludzi i innych psów? – spytała pracownika.
Nie, nie mówiła poważnie.
W „koniec z książkami” i „koniec z pączkami” już jednak była całkiem szczera. To znaczy w tym miesiącu, oczywiście. I tak nie zdążyła dokończyć jednej z książek, którą kupiła z Mavelle, poza tym zawsze mogła wpaść do biblioteki Parkinsonów albo pożyczyć coś od jednego ze znajomych. Jeżeli szło o pączki… to już było poświęcenie, ale Brenna była na nie gotowa. W teorii tak naprawdę było ją stać na zakup tych kocyków i tak dalej, Brenna jednak nie pochodziła do pieniędzy aż tak beztrosko, jak niektórzy jej majętni znajomi. (Choć na pewno dużo bardziej niż ci, którzy pieniędzy nie mieli.)
- Oj, Erik, skarbie, myślę, że wielokrotnie roztrzaskałeś marzenia wielu dziewczyn, które próbowały z tobą flirtować, a ty nawet tego nie zauważyłeś. Ale niszczenie marzeń tego pieska byłoby już zbyt okrutne – roześmiała się, za nic mając dziwną minę, jaką zrobił pracownik, przysłuchując się rodzeństwu Longbottomów. Starał się nie komentować. Może dlatego, że chyba już do niego dotarło, że ta dwójka faktycznie zabierze stąd przynajmniej dwa psy i bez protestów zapłacą wymaganą kwotę, więc nie było co ich odstraszać.
Nawet jeżeli wydawali się trochę dziwaczni.
– Eee… tak. Bo nie wolno. To znaczy nie wolno mieszkać w schronisku.
– To w takim wypadku niech pan szybciutko przygotuje wszystkie papiery adopcyjne dla tych dwóch psiaków – poprosiła Brenna. Na wszelki wypadek nie dawała już ani kroku dalej. Obawiała się, że jedno spojrzenie w kolejne, psie oczy i naprawdę wyjdą stąd z całym stadem psów. W duchu zaś już robiła przegląd harmonogramu na najbliższe dni. Gdzie by wpisać do niego te dodatkowe punkty programu? Mugolski weterynarz, magizoolog, przywiezienie tu karmy i kocyków, a także drobna zmiana w testamencie, trzeba jasno zapisać, kto w razie czego ma zająć się psami i jaka suma zostanie przeznaczona z jej majątku na ich utrzymanie…
Tak. Branie zwierzaka to była odpowiedzialność.
Obejrzała się nieco gwałtownie, kiedy Erik zaklął. Okazało się jednak, że był to tylko pies. Jakiś nieśmiały. Albo mało chętny ludziom.
Brenna przekrzywiła głowę, obserwując go.
– Wygląda jak ponurak – mruknęła bardzo cicho. – – Czy jego też życzysz sobie adoptować? Miałeś udzielać ostrzeżenia po dwóch – przypomniała, obserwując psa. Był wielki. Wyglądał groźnie. I pewnie też nie miał za wielkich szans na adopcję.
Z drugiej strony jeżeli nie tylko wyglądał groźnie… właśnie wybrali dwa inne psy. Nie mogli ryzykować, że się pogryzą. I zdecydowanie miała rację, nie chcąc iść dalej, wzdłuż boksów. To skończyłoby się otwarciem Schroniska Imienia Longbottomów.
Albo wydziedziczeniem. Przynajmniej jednym. Może dwoma.
– Czy jest agresywny? Wobec ludzi i innych psów? – spytała pracownika.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.