22.12.2022, 15:11 ✶
Czemu nie wyszło to mogła być dłuższa historia, ale równie dobrze dałoby się to skrócić do po prostu „zmarł”. Victoria nie rozpaczała z tego powodu, nie znała go jakoś bardzo, nawet niespecjalnie go lubiła, ale w pewien sposób zdążyła się do niego już przyzwyczaić. Był jednak normalny… w miarę. Miał swoje wady jak każdy, ale przynajmniej nie był tak wyszczekany jak Sauriel. Czy chciała tamtego małżeństwa? Nie, też nie. Ale nie zerwała zaręczyn.
- Powiedziałabym, że nie, ale nie ukrywam że przywykłam do życia na pewnym poziomie i trudno byłoby się przestawić – odpowiedziała mu i lekko zmrużyła oczy. Znowu czuła, że próbuje jej zajść za skórę, nie był to jednak poziom – jeszcze – w którym musiałaby się uciekać do oklumencji, żeby się uspokoić. - Natomiast nie chciałabym zaprzepaścić moich lat pracy – nie tylko pracy zawodowej, ale ogólnie… pracy nad sobą. - A ludzie z pieniędzmi i wpływami bardzo łatwo mogą sprawić, że wszystko na co się zapracowało po prostu zniknie dlatego, że postanowiłeś iść własną drogą – to, co mu tutaj sugerowała, było bardzo jasne w jej mniemaniu: obawiała się, że jak się sprzeciwi, to po prostu będą jej utrudniać nowe, wolne od nich życie. - Albo będą ci udowadniać, że tylko z nimi za plecami można coś osiągnąć – i uśmiechnęła się. Niekoniecznie miło, bo też miłe nie było to co mówiła, ale proszę bardzo: to były powody, dla których Victoria dzielnie i dumnie znosiła, że wciśnięto ją w łapy kolejnego mężczyzny. I to takiego, który póki co nie przypadał jej do gustu. Znowu. - Spójrz lepiej na siebie – czy była grzeczną córusią tatusia? Haa! Jakby jeszcze Sauriel nie zauważył, Alexander Lestrange był dość spokojnym mężczyzną. To matka, Isabelle, miała tutaj charakterek i wydawało się, że dyrygowała. I w istocie tak było; ojciec nie miał na takie dyrdymały czasu pracująz jako uzdrowiciel w szpitalu, a matka siedząc sobie na ciepłej posadce w Ministerstwie zdawało się, że ma aż nadto czasu na knucie. A Sauriel? Też tu przecież był i grzecznie wykonywał rozkazy rodziców, więc dlaczego ją w ogóle oceniał?
- Mogę sobie tęsknić ile chcę, nic to i tak nie zmieni, więc sobie daruj – rzuciła mu ostre spojrzenie, mimo wszystko. Niespecjalnie miała ochotę wracać myślami do byłego, mimo to, że był jej dość obojętny, ale takie hasełka jak rzucał Sauriel były nie na miejscu i nie były potrzebne. Wyszła z założenia, ze skoro coś mu się obiło o uszy, no to wiedział jak sprawa wygląda – a tu pomyłka. Nie zresztą pierwsza ani nie ostatnia w tej relacji.
- Taaa… nie mogę się doczekać – prychnęła i oczywiście było to kłamstwo. Jak to się mówi: podwijam kiecę i lecę, a Victoria na domiar złego nie znosiła i panicznie bała się latania. A że się dowie, to nie miała wątpliwości.
- Świetnie – teraz już warknęła i odwróciła od niego wzrok. Znowu to samo. Klacz, księżniczka, królewna, ropucha. Żadnych miłych słów. Brakowało jeszcze, żeby nieelegancko oparła twarz na dłoni i zaczęła go ignorować – a bogowie jej świadkami, że rozważała teraz, czy jednak tego ignorowania nie wprowadzić w życie. A dopiero co się tu zjawili. Nawet nie dopiła jeszcze swojej herbaty – a co tu mówić o wytrzymaniu do północy.
- Powiedziałabym, że nie, ale nie ukrywam że przywykłam do życia na pewnym poziomie i trudno byłoby się przestawić – odpowiedziała mu i lekko zmrużyła oczy. Znowu czuła, że próbuje jej zajść za skórę, nie był to jednak poziom – jeszcze – w którym musiałaby się uciekać do oklumencji, żeby się uspokoić. - Natomiast nie chciałabym zaprzepaścić moich lat pracy – nie tylko pracy zawodowej, ale ogólnie… pracy nad sobą. - A ludzie z pieniędzmi i wpływami bardzo łatwo mogą sprawić, że wszystko na co się zapracowało po prostu zniknie dlatego, że postanowiłeś iść własną drogą – to, co mu tutaj sugerowała, było bardzo jasne w jej mniemaniu: obawiała się, że jak się sprzeciwi, to po prostu będą jej utrudniać nowe, wolne od nich życie. - Albo będą ci udowadniać, że tylko z nimi za plecami można coś osiągnąć – i uśmiechnęła się. Niekoniecznie miło, bo też miłe nie było to co mówiła, ale proszę bardzo: to były powody, dla których Victoria dzielnie i dumnie znosiła, że wciśnięto ją w łapy kolejnego mężczyzny. I to takiego, który póki co nie przypadał jej do gustu. Znowu. - Spójrz lepiej na siebie – czy była grzeczną córusią tatusia? Haa! Jakby jeszcze Sauriel nie zauważył, Alexander Lestrange był dość spokojnym mężczyzną. To matka, Isabelle, miała tutaj charakterek i wydawało się, że dyrygowała. I w istocie tak było; ojciec nie miał na takie dyrdymały czasu pracująz jako uzdrowiciel w szpitalu, a matka siedząc sobie na ciepłej posadce w Ministerstwie zdawało się, że ma aż nadto czasu na knucie. A Sauriel? Też tu przecież był i grzecznie wykonywał rozkazy rodziców, więc dlaczego ją w ogóle oceniał?
- Mogę sobie tęsknić ile chcę, nic to i tak nie zmieni, więc sobie daruj – rzuciła mu ostre spojrzenie, mimo wszystko. Niespecjalnie miała ochotę wracać myślami do byłego, mimo to, że był jej dość obojętny, ale takie hasełka jak rzucał Sauriel były nie na miejscu i nie były potrzebne. Wyszła z założenia, ze skoro coś mu się obiło o uszy, no to wiedział jak sprawa wygląda – a tu pomyłka. Nie zresztą pierwsza ani nie ostatnia w tej relacji.
- Taaa… nie mogę się doczekać – prychnęła i oczywiście było to kłamstwo. Jak to się mówi: podwijam kiecę i lecę, a Victoria na domiar złego nie znosiła i panicznie bała się latania. A że się dowie, to nie miała wątpliwości.
- Świetnie – teraz już warknęła i odwróciła od niego wzrok. Znowu to samo. Klacz, księżniczka, królewna, ropucha. Żadnych miłych słów. Brakowało jeszcze, żeby nieelegancko oparła twarz na dłoni i zaczęła go ignorować – a bogowie jej świadkami, że rozważała teraz, czy jednak tego ignorowania nie wprowadzić w życie. A dopiero co się tu zjawili. Nawet nie dopiła jeszcze swojej herbaty – a co tu mówić o wytrzymaniu do północy.