08.05.2024, 13:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2024, 15:16 przez Anthony Shafiq.)
Zawsze łatwiej w perspektywie czasu patrzeć na swoje reakcje i myśli krytycznie. Dystans pozwalał dostrzec te zmienne, których wcześniej się nie dostrzegało, ale też weryfikować to kim była druga osoba i kim było się samemu w tej relacji. Sowy działały w obie strony, ale pozostały ciche, w urażonej dumie i kwitnącej wątpliwości o sens podejmowania jakichkolwiek działań, obawie narażenia się na śmieszność i boleść odrzucenia wyrażonego wprost. Shafiq nie winił go, nie zamierzał wyrzucać straconego czasu, a wyznanie Erika pomogło mu zdjęć chociaż trochę ze swoich barków poczucie winy. Nikt tak na prawdę nie powinien ponosić odpowiedzialności za brak pewności siebie, za zawahanie, za ucieczkę od bolesnego tematu. Co stracili, rozsypało się już na dnie klepsydry, ale ten moment szczerości między nimi mógł być może zaowocować przestrzeniami, które bez podjęcia ryzyka nigdy nie miałyby prawda zaistnieć.
Anthony był już właściwie gotowy, żeby wstać i wyjść z pokoju, żeby oddać Erikowi swoją przestrzeń, aby ten mógł odetchnąć w końcu bez jego poszarpanych zdań i kiepskiej kondycji w której się znajdował. Gdy poczuł jego dotyk na ramieniu wzdrygnął się mimowolnie, ale nie dlatego, że nie pragnął go czuć, a dlatego, że odwykł od tego, by ktokolwiek go dotykał. Powinien wyjść, powinien uszanować stan swojego gościa, a nie komplikować bardziej sprawy. Zamierzał to zrobić od samego początku, gdy się tu znaleźli, ale przy Eriku żaden z jego planów tak na prawdę u swego schyłku nie wyglądał tak, jak przy zamierzeniu. Kim był, żeby zaprzeczać prawom tej zasady?
Odwrócił się więc i w końcu spojrzał w twarz drugiemu mężczyźnie, zatopił się w jego kojącym uśmiechu i lśniących dobrocią i prostolinijnością oczach. Nagle zacisnęło się na nim wrażenie odrealnienia, co pewnie spowodowane było owym zmęczeniem i opadającym napięciem, które usłużnie przywracało mu dostęp do słownika wielu, wielu różnych nowożytnych języków. Nie wychodząc z zasięgu erikowej dłoni, sięgnął po srebrną paterę, która ich od siebie oddzielała i z zaskakującą ignorancją dla własnej pedanterii, ześlizgnął ją na miękki dywan otaczający łóżko pozwalając ciastkom niedbale rozsypać się po podłodze. Potem przebył ostatnią barierę, jedwabną materię osłaniającą swoje miękkie, wełniane wnętrze, by znaleźć się znów w grawitacji swojego słońca. Nawet jeśli rano miałby obudzić się i odkryć, że była to tylko ułuda wyczerpanego umysłu, zwykły sen wywołany kambodżańskim kadzidełkiem podarowanym przez tajemniczą córkę arcymaga, pragnął poczuć go blisko, pragnął znów poczuć się na swoim miejscu.
Ogień w kominku dogasał, panujący półmrok sprzyjał wyciszeniu i spokojowi po minionej burzy. Na zewnątrz chmury rozeszły się odsłaniając malejący księżyc, ten jednak nie miał dziś do sypialni wstępu odbijając się tylko w kroplach deszczu osadzonych na szybie. Choć łóżko było tak wielkie, że spokojnie zmieściliby się na nim we dwoje nie dotykając się choćby i przez sen, Anthony jak podjął decyzję, tak nic nie mogło mu już stanąć na drodze do uścisku, do sprawdzenia, czy ciało pamięta jak ułożyć się najwygodniej przy drugim ciele. Dłońmi sięgnął ku gęstym włosom, nie hamując się już jak wcześniej, zagarnął do piersi głowę młodszego czarodzieja, głaszcząc i całując jej czubek z czułością, obracając się na plecy i ciągnąc go ku sobie i trochę na siebie, by choć trochę poczuć słodki ciężar, być jego poduszką, ucieczką i odpoczynkiem.
– Chciałbym, żebyś wiedział, – zaczął po chwili cicho, palcami gładząc stwardniały stresem kark, zahaczając nimi raz o linię włosów, raz o barki, respektując granice wyznaczane materiałem yukaty. Drugą dłonią błądził po jego łopatkach, czasami tylko zsuwając się do pasa, w leniwych, szerokich, opiekuńczych gestach – że jak bardzo szanuję Twoje osiągnięcia w Brygadzie, przynajmniej na tyle na ile udawało mi się je śledzić w Anglii, to w naszych podróżach nigdy... nigdy nie chodziło o współpracę, która jest do kontynuowania czy zerwania.– jego głos brzmiał dziwnie sucho, jakby to nawet nie było zwierzanie się, a przyznawanie do winy. – Jak to określiłeś dziś... chyba jednak było w tym ziarno prawdy, w tym oskarżeniu o sięganie po służbowe dojścia. Po prostu chciałem być blisko Ciebie.
Anthony był już właściwie gotowy, żeby wstać i wyjść z pokoju, żeby oddać Erikowi swoją przestrzeń, aby ten mógł odetchnąć w końcu bez jego poszarpanych zdań i kiepskiej kondycji w której się znajdował. Gdy poczuł jego dotyk na ramieniu wzdrygnął się mimowolnie, ale nie dlatego, że nie pragnął go czuć, a dlatego, że odwykł od tego, by ktokolwiek go dotykał. Powinien wyjść, powinien uszanować stan swojego gościa, a nie komplikować bardziej sprawy. Zamierzał to zrobić od samego początku, gdy się tu znaleźli, ale przy Eriku żaden z jego planów tak na prawdę u swego schyłku nie wyglądał tak, jak przy zamierzeniu. Kim był, żeby zaprzeczać prawom tej zasady?
Odwrócił się więc i w końcu spojrzał w twarz drugiemu mężczyźnie, zatopił się w jego kojącym uśmiechu i lśniących dobrocią i prostolinijnością oczach. Nagle zacisnęło się na nim wrażenie odrealnienia, co pewnie spowodowane było owym zmęczeniem i opadającym napięciem, które usłużnie przywracało mu dostęp do słownika wielu, wielu różnych nowożytnych języków. Nie wychodząc z zasięgu erikowej dłoni, sięgnął po srebrną paterę, która ich od siebie oddzielała i z zaskakującą ignorancją dla własnej pedanterii, ześlizgnął ją na miękki dywan otaczający łóżko pozwalając ciastkom niedbale rozsypać się po podłodze. Potem przebył ostatnią barierę, jedwabną materię osłaniającą swoje miękkie, wełniane wnętrze, by znaleźć się znów w grawitacji swojego słońca. Nawet jeśli rano miałby obudzić się i odkryć, że była to tylko ułuda wyczerpanego umysłu, zwykły sen wywołany kambodżańskim kadzidełkiem podarowanym przez tajemniczą córkę arcymaga, pragnął poczuć go blisko, pragnął znów poczuć się na swoim miejscu.
Ogień w kominku dogasał, panujący półmrok sprzyjał wyciszeniu i spokojowi po minionej burzy. Na zewnątrz chmury rozeszły się odsłaniając malejący księżyc, ten jednak nie miał dziś do sypialni wstępu odbijając się tylko w kroplach deszczu osadzonych na szybie. Choć łóżko było tak wielkie, że spokojnie zmieściliby się na nim we dwoje nie dotykając się choćby i przez sen, Anthony jak podjął decyzję, tak nic nie mogło mu już stanąć na drodze do uścisku, do sprawdzenia, czy ciało pamięta jak ułożyć się najwygodniej przy drugim ciele. Dłońmi sięgnął ku gęstym włosom, nie hamując się już jak wcześniej, zagarnął do piersi głowę młodszego czarodzieja, głaszcząc i całując jej czubek z czułością, obracając się na plecy i ciągnąc go ku sobie i trochę na siebie, by choć trochę poczuć słodki ciężar, być jego poduszką, ucieczką i odpoczynkiem.
– Chciałbym, żebyś wiedział, – zaczął po chwili cicho, palcami gładząc stwardniały stresem kark, zahaczając nimi raz o linię włosów, raz o barki, respektując granice wyznaczane materiałem yukaty. Drugą dłonią błądził po jego łopatkach, czasami tylko zsuwając się do pasa, w leniwych, szerokich, opiekuńczych gestach – że jak bardzo szanuję Twoje osiągnięcia w Brygadzie, przynajmniej na tyle na ile udawało mi się je śledzić w Anglii, to w naszych podróżach nigdy... nigdy nie chodziło o współpracę, która jest do kontynuowania czy zerwania.– jego głos brzmiał dziwnie sucho, jakby to nawet nie było zwierzanie się, a przyznawanie do winy. – Jak to określiłeś dziś... chyba jednak było w tym ziarno prawdy, w tym oskarżeniu o sięganie po służbowe dojścia. Po prostu chciałem być blisko Ciebie.