08.05.2024, 22:42 ✶
– Obawiam się, że czasem wojna i rodzinne wizyty wizyty mają ze sobą wiele podobieństw. – Na przykład w obu przypadkach można było doznać uszczerbku na zdrowiu fizycznym, lub psychicznym. Przecież niecałe dwa tygodnie temu trafiła do nich na oddział całą rodzina, ubrana w identyczne czerwone od krwi i wina sweterki, bo zjazd rodzinny nie poszedł tak dobrze, jak planowano.
Ponownie zerknął na okno nieco zmartwiony pogodą. Tak, nie chciał jechać do ciotki Ethel, ale też bardzo nie chciał, by nieplanowana burza zrobiła coś abrakasanom, zwłaszcza że nie wyglądało to najlepiej.
Pozwolił kuzynowi pokierować powozeknjednocześnie będąc gotowy mu pomóc w każdej chwili.
– Potrzebujesz pomocy? – spytał, nerwowo zerkając to na burzę, to na próbującego wylądować kuzyna i abrakasany.
Wreszcie bo niesamowicie długo ciągnących się minutach udało im się wylądować. Niestety w pobliżu był jedynie jednorodzinny dom o czym poinformował go Laurent. Zerknął dość niepewnie na budynek, wychodząc z powozu na silny deszcz. Najlepiej byłoby się teraz przeteleportować, ale problem był taki, że przecież nie mogli zostawić abrakasanów samych. Najgorsze, że nie wiedział, czy to dom mugoli, czy czarodziei.
Ale burzą nie ustąpywała, zrobiło się nagle strasznie ciemno, a poza tym Laurentowi było zimno, więc nie mieli zbyt dużego wyboru.
– Dobrze. Zaryzykujmy – powiedział, przecierając spływająca mu na twarz i kręcące się włosy, teraz pewnie w nieładzie, wodę. Chyba zaczynało padać jeszcze mocniej. – Najwyraźniej rzucimy na Gabriela i Rafaela czar maskujący – Tu spojrzał przepraszająco w kierunku wierzchowców, a następnie ruszył do drzwi, by zapukać do drzwi, ale jeszcze zanim to zrobił odwrócił się w stronę Laurenta.
– Może poczekać na razie w powozie? Powiem ci jak wygląda sytuacja i wtedy wyjdziesz. W mojej torbie w apteczce powinien był eliksir rozgrzewający. Chyba, że koniecznie chcesz iść ze mną.
Ponownie zerknął na okno nieco zmartwiony pogodą. Tak, nie chciał jechać do ciotki Ethel, ale też bardzo nie chciał, by nieplanowana burza zrobiła coś abrakasanom, zwłaszcza że nie wyglądało to najlepiej.
Pozwolił kuzynowi pokierować powozeknjednocześnie będąc gotowy mu pomóc w każdej chwili.
– Potrzebujesz pomocy? – spytał, nerwowo zerkając to na burzę, to na próbującego wylądować kuzyna i abrakasany.
Wreszcie bo niesamowicie długo ciągnących się minutach udało im się wylądować. Niestety w pobliżu był jedynie jednorodzinny dom o czym poinformował go Laurent. Zerknął dość niepewnie na budynek, wychodząc z powozu na silny deszcz. Najlepiej byłoby się teraz przeteleportować, ale problem był taki, że przecież nie mogli zostawić abrakasanów samych. Najgorsze, że nie wiedział, czy to dom mugoli, czy czarodziei.
Ale burzą nie ustąpywała, zrobiło się nagle strasznie ciemno, a poza tym Laurentowi było zimno, więc nie mieli zbyt dużego wyboru.
– Dobrze. Zaryzykujmy – powiedział, przecierając spływająca mu na twarz i kręcące się włosy, teraz pewnie w nieładzie, wodę. Chyba zaczynało padać jeszcze mocniej. – Najwyraźniej rzucimy na Gabriela i Rafaela czar maskujący – Tu spojrzał przepraszająco w kierunku wierzchowców, a następnie ruszył do drzwi, by zapukać do drzwi, ale jeszcze zanim to zrobił odwrócił się w stronę Laurenta.
– Może poczekać na razie w powozie? Powiem ci jak wygląda sytuacja i wtedy wyjdziesz. W mojej torbie w apteczce powinien był eliksir rozgrzewający. Chyba, że koniecznie chcesz iść ze mną.