09.05.2024, 14:44 ✶
Nie odpowiedziała nic na tłumaczenia Charles’a. Bo i co miałaby mu powiedzieć? To wszystko było o wiele bardziej skomplikowane niż zwykłe “nie będę przeszkadzać!”. Będzie. Nie z własnej winy, ale będzie - dokładnie jak wszyscy inni dookoła.
Skupiła się za to na skrzatce, która wcisnęła nosek do jadalni i którą niemal natychmiast Charlie spłoszył.
- Selar!- Zawołała krótko, nieszczególnie siląc się na ciepły i miły ton. Lorien była jedną z tych czarownic o bardzo pragmatycznym podejściu do skrzaciej służby. Tak było skonstruowane prawo - skrzat w domu był niczym więcej jak dodatkowym elementem wyposażenia.. Liczyła, że zdąży ją jeszcze złapać albo przywołać do siebie zanim ta się deportuje. Albo, że usłyszy i grzecznie wróci.
Uniosła lekko brwi, pytająco spoglądając na Richarda, gdy jego synowie wdali się… w dyskusję między sobą.
Oni tak zawsze?
Nawet jeśli milczała jak grób jej mina mówiła wszystko.
Typowa natura wychowanej w dość tradycyjnych wartościach jedynaczki. “Dzieci powinny być widzialne a nie słyszalne” było powtarzane przez matkę jak mantra. To że później sytuacja panny Crouch się zmieniła to była zupełnie inna sprawa. Gdzieś jednak, głęboko w podświadomości uchowały się czystokrwiste zasady wychowania dzieci. Jeszcze młodszy… w porządku. Ale żeby starszy dyskutował w towarzystwie? No cóż. Może w Skandynawii były inne zwyczaje.
Akurat zaglądała do dzbanka z kawą, analizując czy lura w środku nadaje się do czegokolwiek, gdy padło kolejne pytanie.
Gdzie jest Robert?
- Hm.- Szybkie pytanie otrzymało wyjątkowo nie satysfakcjonującą odpowiedź, bo najwyraźniej w aktualnej hierarchii potrzeb i zainteresowania czarownicy, mąż był trochę niżej niż zazwyczaj. Debatowała jeszcze sama ze sobą nad nieszczęsną kawą, kręcąc lekko dzbankiem jakby to miało w czymś pomóc. Równocześnie kupowała sobie czas na odpowiedź.
Powiedzenie “zapewne w swoim gabinecie” nie byłoby niczym dziwnym - Robert spędzał tam większość czasu. Z drugiej jednak strony mogło to pociągnąć za sobą kolejne w stylu “skąd to wiesz?”, “co słyszałaś?”. Przesłuchiwać to my, nie nas panie Mulciber.
Skrzywiła się minimalnie, gdy dziwaczne poczucie irracjonalnego lęku zacisnęło znów niewidzialne pazury na jej sercu. Jeszcze tego brakowało. Odzyskała rezon tak szybko jak go straciła.
- Nie było go w sypialni.- Prawda.- Musiał wstać przede mną.- Prawda. W dodatku jasno implikująca, że przyjechali do Londynu jeszcze wczorajszego wieczoru. Wreszcie uznała, że kiepska kawa jeszcze nikogo nie zabiła. Nalała sobie odrobinę do filiżanki. Podniosła dzbanek do góry, ewidentnie kierując następne pytanie do szwagra.- Napijesz się?- Natomiast co do powrotu…– Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej.
I tyle. Żadnego niepotrzebnego tłumaczenia. Żadnych opowieści z mchu i paproci o długich rozmowach i poważnych decyzjach. Ani słowa o pięknie i ciszy Szkocji. I co najważniejsze - żadnego rozczulania się nad własnym losem i stratą. Odchorowywała to wszystko - wystarczyło się przyjrzeć Lorien nieco dokładniej by dostrzec zmęczenie pod warstwą makijażu; drżenie rąk - jakby utrzymanie dzbanka było zbyt trudne; nawet nie zaszczyciła spojrzeniem wszystkiego co zostało przygotowane na śniadanie, jakby nie planowała nic jeść.
A jednak… z pozoru wyglądała jakby ostatnie dwa miesiące w ogóle nie miały miejsca.
Skupiła się za to na skrzatce, która wcisnęła nosek do jadalni i którą niemal natychmiast Charlie spłoszył.
- Selar!- Zawołała krótko, nieszczególnie siląc się na ciepły i miły ton. Lorien była jedną z tych czarownic o bardzo pragmatycznym podejściu do skrzaciej służby. Tak było skonstruowane prawo - skrzat w domu był niczym więcej jak dodatkowym elementem wyposażenia.. Liczyła, że zdąży ją jeszcze złapać albo przywołać do siebie zanim ta się deportuje. Albo, że usłyszy i grzecznie wróci.
Uniosła lekko brwi, pytająco spoglądając na Richarda, gdy jego synowie wdali się… w dyskusję między sobą.
Oni tak zawsze?
Nawet jeśli milczała jak grób jej mina mówiła wszystko.
Typowa natura wychowanej w dość tradycyjnych wartościach jedynaczki. “Dzieci powinny być widzialne a nie słyszalne” było powtarzane przez matkę jak mantra. To że później sytuacja panny Crouch się zmieniła to była zupełnie inna sprawa. Gdzieś jednak, głęboko w podświadomości uchowały się czystokrwiste zasady wychowania dzieci. Jeszcze młodszy… w porządku. Ale żeby starszy dyskutował w towarzystwie? No cóż. Może w Skandynawii były inne zwyczaje.
Akurat zaglądała do dzbanka z kawą, analizując czy lura w środku nadaje się do czegokolwiek, gdy padło kolejne pytanie.
Gdzie jest Robert?
- Hm.- Szybkie pytanie otrzymało wyjątkowo nie satysfakcjonującą odpowiedź, bo najwyraźniej w aktualnej hierarchii potrzeb i zainteresowania czarownicy, mąż był trochę niżej niż zazwyczaj. Debatowała jeszcze sama ze sobą nad nieszczęsną kawą, kręcąc lekko dzbankiem jakby to miało w czymś pomóc. Równocześnie kupowała sobie czas na odpowiedź.
Powiedzenie “zapewne w swoim gabinecie” nie byłoby niczym dziwnym - Robert spędzał tam większość czasu. Z drugiej jednak strony mogło to pociągnąć za sobą kolejne w stylu “skąd to wiesz?”, “co słyszałaś?”. Przesłuchiwać to my, nie nas panie Mulciber.
Skrzywiła się minimalnie, gdy dziwaczne poczucie irracjonalnego lęku zacisnęło znów niewidzialne pazury na jej sercu. Jeszcze tego brakowało. Odzyskała rezon tak szybko jak go straciła.
- Nie było go w sypialni.- Prawda.- Musiał wstać przede mną.- Prawda. W dodatku jasno implikująca, że przyjechali do Londynu jeszcze wczorajszego wieczoru. Wreszcie uznała, że kiepska kawa jeszcze nikogo nie zabiła. Nalała sobie odrobinę do filiżanki. Podniosła dzbanek do góry, ewidentnie kierując następne pytanie do szwagra.- Napijesz się?- Natomiast co do powrotu…– Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej.
I tyle. Żadnego niepotrzebnego tłumaczenia. Żadnych opowieści z mchu i paproci o długich rozmowach i poważnych decyzjach. Ani słowa o pięknie i ciszy Szkocji. I co najważniejsze - żadnego rozczulania się nad własnym losem i stratą. Odchorowywała to wszystko - wystarczyło się przyjrzeć Lorien nieco dokładniej by dostrzec zmęczenie pod warstwą makijażu; drżenie rąk - jakby utrzymanie dzbanka było zbyt trudne; nawet nie zaszczyciła spojrzeniem wszystkiego co zostało przygotowane na śniadanie, jakby nie planowała nic jeść.
A jednak… z pozoru wyglądała jakby ostatnie dwa miesiące w ogóle nie miały miejsca.