Sprawa związana z próbą kradzieży czaszki smoka, mogła zostać częściowo zamknięta. Pozostało jedynie zająć się Amerykaninem, którego mieli w planie dostarczyć amerykańskiemu Ministerstwu Magii. Co z nim dalej się stanie, Richarda to już nie interesowało. Pomógł swojemu znajomemu, podając kontakt do Muzeum, gdzie powinien bez problemowo załatwić swoje potrzebne sprawy. Czy rozmowy się powiodły? Tego jeszcze nie wiedział.
Po pracy, standardowo zrobił zakupy i wrócił do domu, gdzie czekał na niego obiad i wariujący ze sobą chłopcy. Tym małym najczęściej musiał zwracać uwagę na pewne zachowania, nie życząc sobie pewnych zachowań jak biegania w domu, krzyczenia, hałasowania i wszelkiego innego nieodpowiedzialnego zachowania. Jeżeli potrzebowali się wyszaleć, mogli to robić w ogrodzie. Na zewnątrz. Niezależnie od panującej temperatury i pogody. Może kiedyś nauczą się odpowiedzialności, zasad i powolnego wchodzenia w dorosłość. Choć miał nadzieję, że Instytut, też ich odpowiednio wychowa.
Mając zaplanowane wyjście, uprzedził o tym Rebeccę, zostawiając ją w domu na parę godzin z chłopcami. Co z tego, że miała coś również do załatwienia. Chłopców, musiała zabrać ze sobą, albo zostawić u ich sąsiadki. Rozmowy tego typu, przeprowadzali zawsze między sobą, bez obecności dzieci. Chcąc nie chcąc, jako kobieta dostosowywała się. A to, że mieli między sobą umowę, było też wiadome tylko między nimi.
Na wyznaczone miejsce, zjawił się lekko przed czasem. Bar, który podał jako miejsce spotkania z Anthonym, był co prawda inny niż te Londyńskie knajpy. Też było żwawo, muzyka gdzieś grała, ale zdecydowanie panował tutaj zupełnie inny klimat. Gwarno, wesoło, rozmowie i hektolitry piwa. To był bar magiczny. Można było to zaobserwować nawet wchodząc do jego wnętrza, gdzie unosiły się kielichy w postaci rogów. Zachowano klimat dawnych wikingów. Tradycja, jakby zatrzymała się w czasie. Porządnie zabezpieczone przed ich oczami. Wejście było zaklęte. Otoczone runami. Zapieczętowane tak, że przekraczając, magia rozpoznawała Twoje pochodzenie. Odważni mugole, którzy tutaj wchodzili, nigdy do domu nie wracali. Ponoć, taka krążyła legenda.
Wchodząc, Richard rozejrzał się podchodząc do lady barowej. Uśmiechnął się odnajdując znajomą postać.
- Tony.Klepnął Shafiqa w ramię, dając znać o swojej obecności.
Tym razem Richard nie był w odzieniu aurorskiego munduru. A jedynie w cywilu. Odznakę i legitymację, standardowo posiadał przy sobie, tak samo różdżkę. Na sobie z kolei miał granatowy sweter, jeansy i czarny płaszcz, z przewieszonym butelkowo-zielonym szalikiem, częściowo przypominającym ten z czasach Hogwartu, lecz bez herbu domu. Marzec, a było nadal zimno. Tutejsze rejony miały inny klimat.
- Jadłeś już?
Zapytał. Tyle godzin, nie był pewny, czy poradził sobie z jedzeniem w knajpach. Czy próbował tutejszej kuchni.