Po parku przechadzały się dwa duchy, w objęciu. Awers i rewers świata. Ten, który zajmuje się wodą i podziemiami, śmiercią, tajemnicą, abstraktem i ten, który panuje nad powietrzem i bezmiarem materii, przemieniając słowa w złoto, grzejąc się w ogniu. Razem tworzyli wagę, wyrównaną, pomiędzy alabastrowym sercem i piórem strusia. Spotykali się, łącząc dwa brzegi, dwa dominia o całkowicie odmiennych charakterystykach. Sacrum i profanum, jako w niebie, tak i na ziemi, czarne i białe. Romantyzm w opozycji do hedonizmu, spokój w opozycji do agresji, melancholia przeciwko nieposkromionej radości z życia. Te krople przenikające się, kolory, które się mieszały. Jeden był błękitem, drugi czerwienią, a razem tworzyli urzekający zachód słońca.
— Absolutnie nie. Isaac jest na swój sposób bardzo czarujący, chociaż nie w moim typie, wolę to dalekie, pełne depresji spojrzenie, nadzieję zostawiam ci — mrugnął psotnie do Anthony'ego, świadom niejako, wedle jakiego wzoru dobierali osoby, które umilały im czas w bliskości. Podczas gdy kochankowie Morpheusa zdawali się tak często daleko poza zasadami logiki i zanurzeni, jak karta Gwiazdy, w mroku, tak tych niewiele miłostek Antoniuszowych, nie tylko w porównaniu do wieszcza, ale ogólnej średniej, których kojarzył we mgle wspomnień, nosiło złotą tarczę i jasność w spojrzeniu. Niby z tej samej gliny ulepieni, ale zupełnie inni.
— Muszę ci przyznać, Antoniuszu, pomimo że masz rację, że monogamia nie brzmi jak coś, co znajduje się w moim światopoglądzie, to zaczynam szukać więcej głębszych powiązań niż głębszych posunięć. Starzejemy się, mój drogi — okrasił swoje słowa iskrzącym się śmiechem.
Kładka skrzypiała pod ich stopami drewnem i dudniła pusto echem łodzi, które lata temu pływały po tych stawach, ku uciesze zebranych, z damami z parasolkami i dżentelmenami, wiosłującymi ku brzegom wysepek. Srebrne nici przeszłości, które splatał z teraźniejszością, upływały liczone kolejnymi liśćmi wierzby, płynącymi słabym nurtem. Longbottom zatrzymał się przy jednej z poręczy, spoglądając na oświetlony Pałac Buckingham, złotą gwiazdę, która upadła pośród drzewostanu. Słowa Shafiq'a ścisnęły go za gardło i zaszkliły jego spojrzenie.
— Czczo wierzyłem, że twoja tendencja do refleksji do wewnątrz sprawi, że nie zauważysz mojej zgnilizny. — Poddał swoją butelkę, niedopitą jeszcze, przyjacielowi. — Znam tę teorię, koresponduje z Platonem i jego opowieścią o jednym ciele z dwiema głowami, czterema rękoma i nogami. Z jednym sercem. — Morpheus złapał jedną z kłódek, właśnie w tym kształcie, z inskrypcją zrobioną chyba czubkiem noża, bardzo toporną K+L FRVR. Wyjął różdżkę i nabazgrolił w powietrzu świetliste widmo bardzo prostego wyobrażenia anatomicznego serca i jego lustrzanego odbicia, które tworzyły to serduszko, które symbolizowało miłość. Obrazek szybko się rozmył w sierpniowym upale. — Jeśli miałbym wierzyć w tę teorię, to wierzę, że dzielimy to samo ciało, tę samą duszę i nosimy w piersiach połówki tego samego serca.
Przełknął ciężko ślinę, szukając słów, których nagle mu zabrakło. Przyciągnął jeszcze bardziej do siebie przyjaciela.
— Przy tobie nigdy nie jestem samotny. Wiesz, myślałem wiele razy, gdy zajmowałem się teoriami Anam Cara w ramach determinizmu, pojawi się nagle ktoś, kto okaże się być tą romantyczną wersją, ale zawsze pozostawałeś w głowie mi ty. Ty, dla którego zrobię wszystko i wiem, że ty dla mnie też. Ile razy wystarczyło nam spojrzeć na siebie i wszystko wiedzieliśmy.
Przyłożył wolną rękę do policzka Anthony'ego.
— Nawet jeśli chadzam tam, gdzie ty nie możesz podążyć, to wiem, że zawsze będziesz trwał przy moim boku. Mój brat we wszystkim oprócz krwi. Połowa mojej duszy. Poza tym te różdżki. Prawie czuję się obrażony, że próbujesz się jej pozbyć. Mnie nie podmienisz na Isaaca — zażartował na końcu, klepiąc go po pliczku delikatnie. — Nie ma drugich takich, jak my, tylko my.
Coś zabłysnęło w czarnym spojrzeniu.
— Powinniśmy złożyć sobie przysięgi. Pomyśl o najlepszych, jakie znasz. Pewnie znasz ich więcej. Niechaj księżyc będzie nam świadkiem, a woda celebransem.