– I tak wolę być poza Londynem – to akurat była prawda. Londyn miał swój urok… ale zdecydowanie lepiej czuła się w mniejszych wioskach albo w ogóle na odludziu. I nie chodziło wcale o to, że nie chciała przebywać z ludźmi ,bo wręcz przeciwnie, bardzo lubiła towarzystwo i możliwość porozmawiania z drugą osobą, spędzenia czasu, wymienienia myśli. Po prostu Londyn był jakiś taki…. tłoczny, zbyt głośny, światła zbyt mocno świeciły i tak dalej, chociaż od czasu do czasu lubiła tam się wybrać i pozałatwiać jakieś sprawy. Teraz przyszło jej do głowy, że powinna zapytać Cathala, czy nie chciałby z nią pooglądać tych Perseidów czy jak im tam, jednak nie chciała być nazbyt nachalna, tym bardziej, że byli póki co na wyjeździe i inne rzeczy powinny zaprzątać im głowę. Ale to jednak on wkradał się ciągle w jej myśli, zaprzątał jej głowę, zajmował pole widzenia i sprawiał, że mimowolnie się uśmiechała, gdy słyszała jego głos. Widać czasami trzeba było się wyrwać z codzienności, by dostrzec takie oczywiste rzeczy – bo przecież lubiła go bardzo, był w jej typie i lubiła zdecydowanych mężczyzn, a takim z pewnością był Shafiq.
Ginewra uniosła lekko brwi.
– To czemu… – zaczęła i urwała, marszcząc te brwi w zamyśleniu. – Nie rozumiem ich czasami. Skoro nie wierzą, to czemu wygadują takie bzdury jak z tym zapraszaniem. Jestem pewna, że to gdzieś słyszałam… A może czytałam? – przekrzywiła odrobinę głowę, na moment spuszczając spojrzenie z Cathala, ale wcale dzięki temu nie widziała gdzie szła, bo jej umysł zaprzątało teraz coś innego.
– W ogóle dużo tu chłodniej – zauważyła i zaśmiała się. I myślała, że jej by taki chłód morza chyba jednak przeszkadzał, chociaż to były niczym niepoparte przypuszczenia, bo nigdy nad angielskim morzem zwyczajnie nie była. – Wolę piasek od klifów – stwierdziła z pewnością w głosie.
Właściwie to nie była dziwnie zainteresowana – była zainteresowana jak zwykle. Kiedy jakaś myśl zaprzątnęła jej głowę, potrafiła dużo gadać, pytać, filozofować; ogólnie wypluwać z siebie wiele myśli, dziwnie wręcz uporządkowanych.
– Och, aż dwa razy? To brzmi jak prawdziwy pech – aż przez moment była ciekawa, jakie znaki i gwiazdy przyświecały siostrze Ulyssesa, co prowadziło ją przez życie, z drugiej strony zastanawiała się, czy w ogóle żałowała swoich zmarłych mężów. – Błyskawiczny ślub zwykle wiąże się tylko z jednym – zauważyła i uśmiechnęła się pogodnie. – Ale mam nadzieję, że prócz tego, to połączyła ich prawdziwa miłość, a nie przymus czy rozsądek.
Właściwie ich myśli podążyły podobnym torem, ale nie było w tym absolutnie nic odkrywczego – nawet dla niej, wychowanej w innej kulturze. Ale – tak samo – nie była to jej sprawa, więc ostatecznie wzruszyła ramionami. Albo zrobiłaby to, gdyby nie poleciała do przodu, na szczęście Cathal miał lepszy refleks od niej, albo po prostu patrzył gdzie trzeba, a nie bujał w niebieskich obłokach i złapał ją, nim wyrżnęła na ten głupi ryj. Miała wrażenie, że serce gwałtownie podjechało jej do gardła, zwyczajnie się wystraszyła – nie dotyku Cala, tylko tego, że już leciała… Żaden nóz jednak nie pojawił się w jej dłoniach, jedynie gwałtownie wciągnęła powietrze ustami i ręką bardziej oddaloną od blondyna złapała go za rękę – również w odruchu. Teraz to już w ogóle serce biło jej jak szalone i oddech miała płytki…
– Ooo rany, chyba musze patrzeć jak chodzę – wymamrotała przy mknęła na chwilę oczy. – Dzięki, uratowałeś moje kolana – obróciła się do niego i uśmiechnęła pogodnie po czym spojrzała na winowajcę tego zamieszania – czyli grubą gałąź i nawet kopnęła ją lekko. – To był jawny zamach! – poskarżyła się, zupełnie tak nie uważając.