10.05.2024, 00:51 ✶
Uśmiechnął się minimalnie, gdy Heather ruszyła w jego stronę. Nie wyglądała na wściekłą ani smutną, chociaż podejrzewał, że mogła być nim zawiedziony. Cameron z plaży to nie był chlopak, jakiego znała. A przynajmniej nie taki, jakiego widywała na co dzień. Cokolwiek sprawiło, że te przemyślenia wypłynęły na wierzch, musiały sięgnąć bardzo głęboko, aby wyciągnąć z Lupina taki szajs.
— Nie, nie jest! — zaprzeczył kategorycznie nieco podłamanym głosem. — W-wcale nie nawalasz i wiem, że to nie jest tak, że robisz mi t-tym na złość. To, co ci tam p-p-powiedziałem było okrutne. Nie wiem, c-co we m-mnie wstąpiło. Nie zasłużyłaś na takie t-t-traktowanie.
Ostatnie czego chciał to to, aby Ruda teraz wmawiała sobie, że jest okropną osobą, tylko dlatego, że zachowuje się tak, jak ma w zwyczaju. Każdy miał jakieś wady i zobowiązania, z których nie było łatwo się wyplątać. W końcu zmiana nie przychodziła za machnięciem różdżki, jak to lubili sobie wmawiać mugole za sprawą swoich książeczek dla dzieci.
A po tym wszystkim, czego doświadczyła Heather, aby zapewnić bezpieczeństwo innym ludziom nie powinna słuchać o swojego narzeczonego o tym, jak bardzo powinna się dopasować do jego wizji, do jego planów i wyimaginowanych oczekiwań, które na co dzień były pogrzebane w ciemnych zakamarkach jego podświadomości.
— M-miałem być dla ciebie wsparciem — wyrzucił z siebie z żalem. Nie potrafił wyjaśnić, czemu zachowywał się tak wobec niej podczas wspólnej wycieczki.
Przytulił ją bezwiednie, całując ją lekko nad uchem. Nie tak sobie wyobrażał pierwsze tygodnie ich narzeczeństwa. Z drugiej strony, plany co do oświadczyn też miał z początku nieco inne, a wyszło, jak wyszło. A przecież w teorii było jak z bajki: wielka impreza, mnóstwo gości, całkiem sporo prasy... Wprawdzie pierścionek był denny i zemdlał na środku parkietu, ale to były szczegóły.
Tusz Proroka Codziennego zapamiętał to, co najlepsze: ekstrawaganckie przyjęcie, na którym znana w całym kraju brygadzistka wkroczyła w nowy etap życia. Chciał, żeby mogła się tym cieszyć. Chciał się tym cieszyć razem z nią. A zamiast tego zepsuli sobie tę bajkę, jakby dodali do świeżego napoju kilku kropelek trucizny, rujnując własne doznania. Może jednak nie wszystko stracone? A w końcu pierścionek planował zamienić na lepszy, więc może i resztę dało się naprawić?
— Następnym razem zdam się w całości na ciebie z miejscem wyjazdu, hmm? — Przejechał delikatnie dłonią po jej plecach. — Ten parodniowy rejs z Crouchami chyba bardziej nam wyszedł na zdrowie niż te wczasy nad jeziorem. — Skrzywił się lekko, po czym westchnął cicho. — Ferie świąteczne spędzimy gdzieś indziej. Masz jakąś bogatą przyjaciółkę z dobrym lokum? Albo... Znasz jakieś schronisko... Nie, nie. Resort? Resort narciarski? Tak to się nazywa?
— Nie, nie jest! — zaprzeczył kategorycznie nieco podłamanym głosem. — W-wcale nie nawalasz i wiem, że to nie jest tak, że robisz mi t-tym na złość. To, co ci tam p-p-powiedziałem było okrutne. Nie wiem, c-co we m-mnie wstąpiło. Nie zasłużyłaś na takie t-t-traktowanie.
Ostatnie czego chciał to to, aby Ruda teraz wmawiała sobie, że jest okropną osobą, tylko dlatego, że zachowuje się tak, jak ma w zwyczaju. Każdy miał jakieś wady i zobowiązania, z których nie było łatwo się wyplątać. W końcu zmiana nie przychodziła za machnięciem różdżki, jak to lubili sobie wmawiać mugole za sprawą swoich książeczek dla dzieci.
A po tym wszystkim, czego doświadczyła Heather, aby zapewnić bezpieczeństwo innym ludziom nie powinna słuchać o swojego narzeczonego o tym, jak bardzo powinna się dopasować do jego wizji, do jego planów i wyimaginowanych oczekiwań, które na co dzień były pogrzebane w ciemnych zakamarkach jego podświadomości.
— M-miałem być dla ciebie wsparciem — wyrzucił z siebie z żalem. Nie potrafił wyjaśnić, czemu zachowywał się tak wobec niej podczas wspólnej wycieczki.
Przytulił ją bezwiednie, całując ją lekko nad uchem. Nie tak sobie wyobrażał pierwsze tygodnie ich narzeczeństwa. Z drugiej strony, plany co do oświadczyn też miał z początku nieco inne, a wyszło, jak wyszło. A przecież w teorii było jak z bajki: wielka impreza, mnóstwo gości, całkiem sporo prasy... Wprawdzie pierścionek był denny i zemdlał na środku parkietu, ale to były szczegóły.
Tusz Proroka Codziennego zapamiętał to, co najlepsze: ekstrawaganckie przyjęcie, na którym znana w całym kraju brygadzistka wkroczyła w nowy etap życia. Chciał, żeby mogła się tym cieszyć. Chciał się tym cieszyć razem z nią. A zamiast tego zepsuli sobie tę bajkę, jakby dodali do świeżego napoju kilku kropelek trucizny, rujnując własne doznania. Może jednak nie wszystko stracone? A w końcu pierścionek planował zamienić na lepszy, więc może i resztę dało się naprawić?
— Następnym razem zdam się w całości na ciebie z miejscem wyjazdu, hmm? — Przejechał delikatnie dłonią po jej plecach. — Ten parodniowy rejs z Crouchami chyba bardziej nam wyszedł na zdrowie niż te wczasy nad jeziorem. — Skrzywił się lekko, po czym westchnął cicho. — Ferie świąteczne spędzimy gdzieś indziej. Masz jakąś bogatą przyjaciółkę z dobrym lokum? Albo... Znasz jakieś schronisko... Nie, nie. Resort? Resort narciarski? Tak to się nazywa?