22.12.2022, 18:03 ✶
Nie odpisał mu. Nie wiedział co, tym bardziej jak. A kiedy w końcu cokolwiek ułożyło mu się w głowie, było już za późno, by miało to jakikolwiek sens. Nie żeby Castiel w ogóle dał mu szansę na cokolwiek się przygotować, wysyłając list w ostatniej chwili. W pierwszej chwili spodziewał się pretensji od Cynthii wypisanych jej starannym pismem, niekoniecznie o książki, a o to, że uciekł, widząc ją w tłumie. Był przekonany, że go wtedy dostrzegła, ale nie miał ochoty na przymusową konfrontację. Nadal nie ochłonął i jej towarzystwo wprawiało go w paranoję, że mogła coś wiedzieć. W następnej sądził, że to po prostu żart, ale kilkukrotne prześledzenie listu wzrokiem sprawiło, że zaczął wierzyć, że to naprawdę. To wywołało uśmiech, przynajmniej do momentu, jak jego umysł podsunął mu obraz podstępu i rychłej śmierci. Dlaczego miałby się nagle odzywać, kiedy ignorował go przez tyle dni? Nie żeby Fergus był lepszy, milcząc i ignorując wszystkich Flintów, ot tak, dla niepoznaki, chociaż to chyba wywoływało jeszcze większe podejrzenia.
Siedział jak na szpilkach, kilkukrotnie podpalił biurko, używając najprostszych zaklęć. Mógł to jednak zrzucić na karb zdenerwowania o matkę. Ojciec do teraz siedział z nią w Mungu, bo „Kociołek pełen gorącej miłości” Celestyny Warbeck wszedł zbyt mocno. Nie wnikał, co w ogóle Garrick miał na myśli. Ważniejsze było to, że dzięki temu Fergus unikał dziś jego towarzystwa, pracując z wujem. Z Geraintem wszystko było łatwiejsze. Nie krytykował, nie zwracał zbytniej uwagi. Wystarczyło jedynie pilnować porządku w miejscu pracy i zbytnio się nie wychylać.
A idź mi już stąd w cholerę, dzieciaku, bo nie ma z ciebie pożytku. Oczywistym było, że w tym stanie Fergus i tak mu podpadnie, ale pozwalało mu to wyjść ze sklepu chwilę wcześniej, unikając tym samym zbędnych pytań. Zignorował nawet nazwanie go dzieciakiem, co Geraint robił często, zważywszy na to, że jego synowie byli dużo starsi od bratanków i siostrzeńców.
Kusiło go zajrzenie do Nory, by nie kręcił się bezcelowo po Pokątnej, ale pewnie tylko wzbudziłby jej ciekawość swoim nerwowym zachowaniem. Na dworze było na tyle ciepło, by nie ubierać swetra, ale też o tyle chłodno, że nie mógł sobie pozwolić na poruszanie się bez żadnego okrycia, dlatego został w granatowej szacie narzuconej na mugolskie ubrania, w której spędził większość dnia podczas pracy.
Zapalił jednego papierosa w drodze do Dziurawego Kotła, kolejnego wracając. Nie wiedział, co zrobić z rękami, wciąż układając sobie w głowie scenariusze, czego właściwie chciał od niego Castiel. I jak Fergus powinien zachowywać się względem niego? Albo – co ważniejsze – jak będzie wyglądała reakcja blondyna na jego widok. Pod warunkiem, że nie pojawi się z bandą jakiś zbirów, żeby zabrał ich tajemnicę do grobu.
Stał oparty o ścianę pobliskiego budynku, spoglądając w kierunku swojego sklepu, który wuj zamknął pięć minut przed czasem. Gdyby to samo zrobił Fergus, pewnie by mu się nie upiekło. Tak na wszelki wypadek, żeby obserwować przebieg sytuacji. Zapalił kolejnego papierosa, mając wrażenie, że ze stresu wypali wszystkie, które miał w kieszeni. W wolnej ręce trzymał różdżkę, lewitując obok siebie dwa kubki kawy, które wziął ze sobą z Kotła. Skoro już urządził sobie spacer, nie chciał wracać bez niczego. Z kieszeni szaty wystawała mu kolejna różdżka, o której zapomniał. Zupełnie bezużyteczna, źle wyważona i upierdliwa. Do poprawy, a jeśli się nie uda, pewnie skończy jako opał do kominka. Tak jak wszystkie notatki Fergusa, wrzucone w płomienie po tym, jak sam się na siebie zirytował. W początkowych dniach po „tamtym poniedziałku” próbował odwrócić myśli od Castiela, powtarzając sobie runy, których nie uczył się od czasu szkoły. Tyle że w bezmyślnym przepisywaniu tekstu alfabetem runicznym nawet nie spostrzegł się, że między wierszami nabazgrał jego imię. Musiało spłonąć, tak jak on spłonął ze wstydu przed samym sobą.
W końcu dostrzegł Flinta zmierzającego w kierunku Ollivanderów. Samego, bez towarzystwa demonicznych sługusów, czarnomagicznych artefaktów i tajemniczej broni. Nie wyglądającego na kogoś, kto chciałby udusić go na miejscu. Wydawał się raczej… zdenerwowany. I mimo to jeszcze bardziej przystojny, niż zapamiętał. Odepchnął tę myśl natychmiast w tył głowy, bojąc się, że zbyt błogi wyraz twarzy na jego widok może mu się wydać dziwny. Po prostu zaciągnął się dymem papierosa, obserwując przez chwilę, jak Castiel się niecierpliwi. Sprawiało mu to małą satysfakcją, na tyle że uśmiechnął się głupio pod nosem. Nie zauważył go i Fergus mógłby tak obserwować go jeszcze przez chwilę, ciesząc się widokiem, ale w końcu odepchnął się od ściany, o którą się opierał i ruszył w jego kierunku.
- Jeśli chcesz kupić różdżkę, to dzisiaj już raczej bez szans – stwierdził, zachodząc go od tyłu. Wsadził papierosa do ust i wcisnął jeden z lewitujących kubków Castielowi do rąk. Sam sięgnął po ten drugi, schował niepotrzebną już różdżkę do kieszeni i wolną dłonią sięgnął po fajkę. – Nie wiedziałem, jaką pijesz kawę, więc wziąłem ci czarną – przyznał po tym, jak wydmuchał dym, obracając się na bok, na wypadek gdyby Flint nie miał być z tego faktu zadowolony.
Uśmiechnął się do niego, właściwie już nie wiedząc, jak dalej postępować. Serce tłukło mu się w piersi jak głupie z radości, że w końcu się spotkali. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się stęsknił, dopóki nie zauważył go zmierzającego z Gringotta w głąb Pokątnej.
- Cześć. W porządku? – zapytał. – Cześć – dodał jeszcze, dopiero po fakcie orientując się, że przywitał się po raz drugi, więc zrobiło mu się trochę głupio. – Cynthia się nie dziwiła, że pytasz o moje godziny pracy?
Uniósł pytająco brew, przypomniawszy sobie treść listu Castiela, który wciąż miał w kieszeni tuż obok trefnej różdżki. Wiatr poruszał jego granatową, sięgającą kolan szatą. Pogoda niespecjalnie współgrała z jego nastrojem, zapowiadało się na deszcz. Typowo w kwietniu, zwłaszcza w Londynie.
Tęskniłeś za mną?, cisnęło mu się na usta, ale w tym wypadku wyjątkowo mocno gryzł się w język.
Siedział jak na szpilkach, kilkukrotnie podpalił biurko, używając najprostszych zaklęć. Mógł to jednak zrzucić na karb zdenerwowania o matkę. Ojciec do teraz siedział z nią w Mungu, bo „Kociołek pełen gorącej miłości” Celestyny Warbeck wszedł zbyt mocno. Nie wnikał, co w ogóle Garrick miał na myśli. Ważniejsze było to, że dzięki temu Fergus unikał dziś jego towarzystwa, pracując z wujem. Z Geraintem wszystko było łatwiejsze. Nie krytykował, nie zwracał zbytniej uwagi. Wystarczyło jedynie pilnować porządku w miejscu pracy i zbytnio się nie wychylać.
A idź mi już stąd w cholerę, dzieciaku, bo nie ma z ciebie pożytku. Oczywistym było, że w tym stanie Fergus i tak mu podpadnie, ale pozwalało mu to wyjść ze sklepu chwilę wcześniej, unikając tym samym zbędnych pytań. Zignorował nawet nazwanie go dzieciakiem, co Geraint robił często, zważywszy na to, że jego synowie byli dużo starsi od bratanków i siostrzeńców.
Kusiło go zajrzenie do Nory, by nie kręcił się bezcelowo po Pokątnej, ale pewnie tylko wzbudziłby jej ciekawość swoim nerwowym zachowaniem. Na dworze było na tyle ciepło, by nie ubierać swetra, ale też o tyle chłodno, że nie mógł sobie pozwolić na poruszanie się bez żadnego okrycia, dlatego został w granatowej szacie narzuconej na mugolskie ubrania, w której spędził większość dnia podczas pracy.
Zapalił jednego papierosa w drodze do Dziurawego Kotła, kolejnego wracając. Nie wiedział, co zrobić z rękami, wciąż układając sobie w głowie scenariusze, czego właściwie chciał od niego Castiel. I jak Fergus powinien zachowywać się względem niego? Albo – co ważniejsze – jak będzie wyglądała reakcja blondyna na jego widok. Pod warunkiem, że nie pojawi się z bandą jakiś zbirów, żeby zabrał ich tajemnicę do grobu.
Stał oparty o ścianę pobliskiego budynku, spoglądając w kierunku swojego sklepu, który wuj zamknął pięć minut przed czasem. Gdyby to samo zrobił Fergus, pewnie by mu się nie upiekło. Tak na wszelki wypadek, żeby obserwować przebieg sytuacji. Zapalił kolejnego papierosa, mając wrażenie, że ze stresu wypali wszystkie, które miał w kieszeni. W wolnej ręce trzymał różdżkę, lewitując obok siebie dwa kubki kawy, które wziął ze sobą z Kotła. Skoro już urządził sobie spacer, nie chciał wracać bez niczego. Z kieszeni szaty wystawała mu kolejna różdżka, o której zapomniał. Zupełnie bezużyteczna, źle wyważona i upierdliwa. Do poprawy, a jeśli się nie uda, pewnie skończy jako opał do kominka. Tak jak wszystkie notatki Fergusa, wrzucone w płomienie po tym, jak sam się na siebie zirytował. W początkowych dniach po „tamtym poniedziałku” próbował odwrócić myśli od Castiela, powtarzając sobie runy, których nie uczył się od czasu szkoły. Tyle że w bezmyślnym przepisywaniu tekstu alfabetem runicznym nawet nie spostrzegł się, że między wierszami nabazgrał jego imię. Musiało spłonąć, tak jak on spłonął ze wstydu przed samym sobą.
W końcu dostrzegł Flinta zmierzającego w kierunku Ollivanderów. Samego, bez towarzystwa demonicznych sługusów, czarnomagicznych artefaktów i tajemniczej broni. Nie wyglądającego na kogoś, kto chciałby udusić go na miejscu. Wydawał się raczej… zdenerwowany. I mimo to jeszcze bardziej przystojny, niż zapamiętał. Odepchnął tę myśl natychmiast w tył głowy, bojąc się, że zbyt błogi wyraz twarzy na jego widok może mu się wydać dziwny. Po prostu zaciągnął się dymem papierosa, obserwując przez chwilę, jak Castiel się niecierpliwi. Sprawiało mu to małą satysfakcją, na tyle że uśmiechnął się głupio pod nosem. Nie zauważył go i Fergus mógłby tak obserwować go jeszcze przez chwilę, ciesząc się widokiem, ale w końcu odepchnął się od ściany, o którą się opierał i ruszył w jego kierunku.
- Jeśli chcesz kupić różdżkę, to dzisiaj już raczej bez szans – stwierdził, zachodząc go od tyłu. Wsadził papierosa do ust i wcisnął jeden z lewitujących kubków Castielowi do rąk. Sam sięgnął po ten drugi, schował niepotrzebną już różdżkę do kieszeni i wolną dłonią sięgnął po fajkę. – Nie wiedziałem, jaką pijesz kawę, więc wziąłem ci czarną – przyznał po tym, jak wydmuchał dym, obracając się na bok, na wypadek gdyby Flint nie miał być z tego faktu zadowolony.
Uśmiechnął się do niego, właściwie już nie wiedząc, jak dalej postępować. Serce tłukło mu się w piersi jak głupie z radości, że w końcu się spotkali. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się stęsknił, dopóki nie zauważył go zmierzającego z Gringotta w głąb Pokątnej.
- Cześć. W porządku? – zapytał. – Cześć – dodał jeszcze, dopiero po fakcie orientując się, że przywitał się po raz drugi, więc zrobiło mu się trochę głupio. – Cynthia się nie dziwiła, że pytasz o moje godziny pracy?
Uniósł pytająco brew, przypomniawszy sobie treść listu Castiela, który wciąż miał w kieszeni tuż obok trefnej różdżki. Wiatr poruszał jego granatową, sięgającą kolan szatą. Pogoda niespecjalnie współgrała z jego nastrojem, zapowiadało się na deszcz. Typowo w kwietniu, zwłaszcza w Londynie.
Tęskniłeś za mną?, cisnęło mu się na usta, ale w tym wypadku wyjątkowo mocno gryzł się w język.