22.12.2022, 18:24 ✶
Wychylił się z zaplecza, uśmiechając szeroko na widok Brenny. Nie jej się tutaj spodziewał, a raczej jakiegoś smętnego urzędnika o znudzonym tonie głosu, który zadałby kilka standardowych pytań, a potem uznał, że sprawy nie da się rozwiązać.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak się cieszę, że cię widzę – przyznał z ulgą i podszedł bliżej, opierając się o sklepową ladę. Spojrzał nad jej ramieniem na rozbitą szybę, którą jego ojciec chciał natychmiast naprawić, ale Fergus powstrzymał go, tłumacząc, że utrudniałby śledztwo Brygady Uderzeniowej. – Tata poszedł pytać sąsiadów, czy coś widzieli, zanim się pojawiłaś. To on was wezwał. Ale z tego co widziałem, utknął na kawie u Fortescue, typowo.
Nie żeby był z tego powodu zły, bo dzięki pozbyciu się ojca (oczywiste, że to on podsunął mu pomysł popytania niektórych gapiów) miał czas żeby samemu się rozejrzeć, co tak naprawdę się stało. Pewnym było, że ktoś dobrał im się do witryny, a widok pobojowiska w sklepie bolał nawet jego, choć nie znosił tu przebywać. Nadal była to własność jego rodziny, a zatem i jego. A nie lubił, kiedy ktoś dobierał się do jego rzeczy.
- Ten, kto to zrobił, był kompletnym idiotą – mówił dalej, spoglądając to na Brennę, to na jej towarzysza, o którym nie potrafił powiedzieć nic poza faktem, że wyglądał, jakby się zgubił i został przygarnięty przez pannę Longbottom niczym bezdomny kociak. – Zresztą, spójrz na to – dodał, wyciągając spod lady karton, w którym znajdowały się połamane różdżki, większość z witryny, ale niektóre wygrzebane z eleganckich pudełek przygotowanych pod sprzedaż. Pomijając różne rodzaje drewna, co chyba nie miało większego znaczenia, przedmioty łączyło to, że brakowało im rdzeni. – Włosy jednorożców – wyjaśnił. – Ja wiem, że jest inflacja i w niektórych miejscach można je dostać dłużej niż samą różdżkę, ale nawet w pośpiechu wyjęcie ich zajmuje kupę czasu.
Poza tym wszystkie elementy odzwierzęce mieli schowane w biurze w specjalnych pojemnikach. Gdyby ktoś włożył tyle wysiłku, co w zniszczenie różdżek, pewnie by je znalazł, oszczędzając sobie zachodu. Fergus tego nie rozumiał, ale z natury był naprawdę leniwy, a w pracy szedł po linii najmniejszego oporu. Byle szybko i mieć wszystko z głowy. A nawet w kradzieżach wykazałby się o wiele większą finezją, ale tego Brenna nie musiała wiedzieć. Nikomu się do swojej kleptomanii nie przyznawał. Czasem nawet próbował ukryć to przed samym sobą, tak jakby problem w ogóle nie istniał. Teraz przynajmniej rozumiał gniew i gorycz osób, które padały ofiarą złodzieja. Uczucie raczej nieprzyjemne, ściskające żołądek.
- Co myślicie? Bo szczerze mówiąc nie rozumiem, czemu akurat nasz sklep. Kilka budynków dalej jest apteka.
Wyminął ladę, stając przed nią i czekając cierpliwie na zdanie Brenny i jej towarzysza. Poza tym ułatwił tym sobie drogę na wypadek, gdyby jego ojciec postanowił wrócić i w akcie rozpaczy po zniszczonych różdżkach spróbował wyrzucić brygadzistów, by już nic więcej nie dotykali.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak się cieszę, że cię widzę – przyznał z ulgą i podszedł bliżej, opierając się o sklepową ladę. Spojrzał nad jej ramieniem na rozbitą szybę, którą jego ojciec chciał natychmiast naprawić, ale Fergus powstrzymał go, tłumacząc, że utrudniałby śledztwo Brygady Uderzeniowej. – Tata poszedł pytać sąsiadów, czy coś widzieli, zanim się pojawiłaś. To on was wezwał. Ale z tego co widziałem, utknął na kawie u Fortescue, typowo.
Nie żeby był z tego powodu zły, bo dzięki pozbyciu się ojca (oczywiste, że to on podsunął mu pomysł popytania niektórych gapiów) miał czas żeby samemu się rozejrzeć, co tak naprawdę się stało. Pewnym było, że ktoś dobrał im się do witryny, a widok pobojowiska w sklepie bolał nawet jego, choć nie znosił tu przebywać. Nadal była to własność jego rodziny, a zatem i jego. A nie lubił, kiedy ktoś dobierał się do jego rzeczy.
- Ten, kto to zrobił, był kompletnym idiotą – mówił dalej, spoglądając to na Brennę, to na jej towarzysza, o którym nie potrafił powiedzieć nic poza faktem, że wyglądał, jakby się zgubił i został przygarnięty przez pannę Longbottom niczym bezdomny kociak. – Zresztą, spójrz na to – dodał, wyciągając spod lady karton, w którym znajdowały się połamane różdżki, większość z witryny, ale niektóre wygrzebane z eleganckich pudełek przygotowanych pod sprzedaż. Pomijając różne rodzaje drewna, co chyba nie miało większego znaczenia, przedmioty łączyło to, że brakowało im rdzeni. – Włosy jednorożców – wyjaśnił. – Ja wiem, że jest inflacja i w niektórych miejscach można je dostać dłużej niż samą różdżkę, ale nawet w pośpiechu wyjęcie ich zajmuje kupę czasu.
Poza tym wszystkie elementy odzwierzęce mieli schowane w biurze w specjalnych pojemnikach. Gdyby ktoś włożył tyle wysiłku, co w zniszczenie różdżek, pewnie by je znalazł, oszczędzając sobie zachodu. Fergus tego nie rozumiał, ale z natury był naprawdę leniwy, a w pracy szedł po linii najmniejszego oporu. Byle szybko i mieć wszystko z głowy. A nawet w kradzieżach wykazałby się o wiele większą finezją, ale tego Brenna nie musiała wiedzieć. Nikomu się do swojej kleptomanii nie przyznawał. Czasem nawet próbował ukryć to przed samym sobą, tak jakby problem w ogóle nie istniał. Teraz przynajmniej rozumiał gniew i gorycz osób, które padały ofiarą złodzieja. Uczucie raczej nieprzyjemne, ściskające żołądek.
- Co myślicie? Bo szczerze mówiąc nie rozumiem, czemu akurat nasz sklep. Kilka budynków dalej jest apteka.
Wyminął ladę, stając przed nią i czekając cierpliwie na zdanie Brenny i jej towarzysza. Poza tym ułatwił tym sobie drogę na wypadek, gdyby jego ojciec postanowił wrócić i w akcie rozpaczy po zniszczonych różdżkach spróbował wyrzucić brygadzistów, by już nic więcej nie dotykali.