Abstrakcyjne myślenie kaletnika nie zatrzymywało się, bo uderzyło w inne nuty abstraktu - w brak zaufania do Laurenta. Ekhem, a raczej w próbę poddania wątpliwościom wszystkiego tego, co mówił. Może spotkali najzwyczajniejszą w świecie fokę, która popiskiwała, a Prewett niczym rażony schizofrenią roił sobie historie o trytonach mających atakować ludzi i robiących przewrót? To by tłumaczyło absurd, to by też tłumaczyło dlaczego w tej historii brakuje żywych trupów, których podobno widziano w Windermere. Esmé pozostawił to tylko jako teorię, chociaż dosyć zabawnym wydało mu się, że każdy zaufał Laurentowi ot tak, mimo łamanej logiki. Widocznie każdy miał jakiś swój powód.
Prawda czy nie, teraz nabierała kształtu. Trytony nie miały wychodzić na ląd, a działać z wody - tak jak jeszcze kilka chwil temu w swym myśleniu "poza ramami" podejrzewał Rowle. Brzmiało to najlogiczniej, a plan wydawał się dobry chociaż... naprawdę? Naprawdę myśleli że tyle wystarczy? Że zwracanie ludzi przeciwko sobie i wabienie ich do wody jest idealnym rozwiązaniem i metodą na prowadzenie wojny? Rozczarowujące. Często nie trzeba było pieśni ani magii, by zwrócić człowieka przeciwko drugiemu człowiekowi. Działo się to nieustannie, często nawet na oczach Esmé. I świat się nie zawalił, ludzie się nie wybili do cna. Ale za to wybili wiele różnych gatunków zwierząt.
Rzucił spojrzeniem na fokę, gdy został jej przedstawiony. Patrzył w jej czarne oczy beznamiętnie, by zaraz nieznacznie kiwnąć głową w ramach przywitania. Do głowy przyszedł mu wredny plan przedstawienia się jako kaletnik, czyli tak, jak niemalże zawsze. Ale w tym przypadku byłoby to bardzo niefortunne przedstawianie się, gdy Laurent walczył o zaufanie Selkie. Powstrzymał się tylko ze względu na blondyna, chociaż kąciki ust rzemieślnika wędrowały ku górze na samą myśl jak wybrzmiałby jego zawód w tej sytuacji. Nie był barbarzyńcą i nie zamierzał mordować Selkie, by stworzyć cokolwiek z tych materiałów. Skóra ludzka również była wartościowa, z kości ludzkich dało się stworzyć bardzo, ale to bardzo wiele. A jednak Esmé nie mordował bezdomnych i chorych. Rzemiosło rzemiosłem, ale moralność moralnością. Mogła być wątpliwa, ale była. Z natury - był dobrym człowiekiem, chociaż przewrotnym ze względu na swój marazm, a może raczej - przez swoją walkę z marazmem.
Rozbawiły go dalsze słowa Laurenta. Żeby nie ujmować mu przekonywalności - odwrócił twarz w drugą stronę i zasłonił usta dłonią, cicho śmiejąc się do siebie. Victoria chroniła takich jak On i Ciril. Zgadzał się i do samego profesjonalizmu Victorii nie miał żadnych zastrzeżeń. Jednak ubranie tego tak w słowa zabrzmiało, jakby chroniła Selkie, a nie ludzi. Istna strażniczka tego gatunku.
Przestało mu być do śmiechu, gdy Prewett zaczął mówić "zaufaj mi", "razem" i "przecież tak było zawsze". Pierwszy raz widział jak ten z istnym wyrachowaniem korzysta z manipulacji, z grania na emocjach, wspomnieniach, naturze. I z jaką łatwością mu to przychodzi, chociaż było to wszystko w dobrej wierze. Raczej. Nie wiedzieli w końcu co jest dobre dla Cirila. Możliwe że poprzez przyjęcie ich pomocnej dłoni zostanie skazany na wieczne wygnanie. Albo zostanie okrzyknięty zdrajcą. Esmé, tak naprawdę, niezbyt rozumiał dlaczego aż tak istotne jest, by Selkie z nimi wrócił. Co z nim zrobią? Naprawdę wyślą do szpitala? A później? Co dalej?
Nie zamierzał jednak oponować. Lepszy jakiś plan, niż żaden. Osoba Cirila była mu, niestety, obojętna w sporej mierze. Opatrzyli jego rany, te nie wydawały się zagrażać życiu i oferowali pomoc, którą ten odtrącał. Tutaj Rowle by rozłożył ręce i uznał "twoja wola", chociaż brzmiało to wszystko jak samobójstwo. A już raz próbował powstrzymać osobę od samobójstwa i... Starucha to doceniła. Szkoda, że kaletnik nie dbał o Bogów i ich satysfakcję.
Niedługo po opatrzeniu ran Cirila, a w momencie, w którym Black oznajmił, że trzeba go przenieść do łódki, wróciła Geraldine. Esmé liczył, że łowczyni bogatsza w wiedzę zaraz oznajmi coś przełomowego, ale... bogatsza była jedynie o garść dorodnych czarnych porzeczek. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało - kaletnik był z tego równie zadowolony, częstując się kilkoma, nim zajęli się dźwiganiem foki. Właściwie, to dźwigała głównie Ger, a reszta mogła jej z czystej grzeczności pomagać, będąc pewnie bardziej przeszkodą. Ale Rowle i tak "pomagał".
Nie pozostawało nic innego, jak powrót. Zapakowali się wszyscy do łódki, teraz naprawdę mając w niej bardzo mało miejsca. Cokolwiek czaiło się w wodzie, cokolwiek było tą czernią i mrokiem przesuwającym się pod taflą jeziora, tak mogło mieć teraz solidną ucztę. Czy to niepokoiło Esmé? Tak. Wierzył, że Geraldine sobie poradzi z... wszystkim, ale jednocześnie bał się o nią. Nie o siebie, jego własne życie nigdy nie miało dla niego szczególnego znaczenia, ale o nią. Ten niepokój powoli przerastał nawet ekscytację niepewną, głupią podróżą w ten sam sposób, na tej marnej łódeczce po domenie trytonów, które przecież, wedle Cirila, były im teraz naprawdę wrogie.
I ruszyli. Odbili od brzegu i zaraz machnęli wiosłami raz, drugi, trzeci... oddalając się od bezpiecznego lądu i wypływając na znane-nieznane wody.