Morpheus żył bardzo rzadko, ale intensywnie, przynajmniej wedle tego, jak widzieli go inni, pozwalając pragnieniom pchać jego czyny, niczym Głupiec na początku swojej drogi po Drzewie Życia, ubierając inne szaty, w zależności od tego, kogo spotkał przed sobą. Zwykle był odpowiedzialny i stateczny, przebywał w archetypach Maga, Cesarza i Pustelnika, tylko czasami zezwalając sobie na skok w przepaść. Skrywał swoją prawdziwą naturę, miękką Kapłankę, wodę pełną emocji. Wodę pełną sacrum, tajemnic.
— Jestem pewien, że Godryk byłby zachwycony obecnością bogini łowów w swoim domu — posłał jej uśmiech i z szelestem swoich szat przesunął się na bok, robiąc dla niej miejsce na huśtawce. Przedstawił się też w końcu kobiecie. — Morpheus Longbottom. Nie, Artemido, nie będę już czytać.
Wreszcie mogła doczepić twarz do imienia, garbaty, wydatny nos, smagła skóra, duże dłonie, tajemniczy wuj Erika, który tak rzadko pojawiał się na skraju widzenia w Warowni, raczej unikał wszelakich przyjęć. Z tak bliska mogła czuć, że pachnie słodko whisky, kadzidłem i suszonymi śliwkami w sposób niebezpośredni, raczej dyfuzowany przez pryzmat wody kolońskiej, złożonego zapachu, podobnego tym do natury, bez płaskości tańszych zamienników. Czarne oczy drgały, gdy taksował jej twarz, chyba po raz pierwszy widzianą z tak bliska.
Morpheus nauczył się, co to znaczy ból miłości i dlatego odrzucił ją na swój własny sposób. Jego uczucia pchały go do ekstremów, więc nimi się żywił, intensywnymi uczuciami, które rezonowały w kościach, zakochiwał się na jedną noc, na zabój, aż pot nie ostygł na ciele. Wraz z brzaskiem, odrzucał to, co mogło powstać, co mogło zakwitnąć, ścinał pąki róży, niż więcej niż promień czerwieni przebłyskiwał przez zieloną otulinę. Wytresował sam siebie, jak charta, szybkonogiego wyżła, aby to łowy przynosiły mu największą satysfakcję.
— Palarnia z matronami i debiutantkami po drugiej stronie nie jest w twoim guście, bogini łowów? — wskazał głową drugie wyjście, gdzie stało kilka kobiet, widoczne w świetle płomieni z eleganckich waz i koksowników. Ich głosy rozmywały się w wieczornej mgle, która nadchodziła od strony lasu. — Mam dla ciebie propozycję.